poniedziałek, 14 maja 2012

Ukraińska Odyseja - czyli tam i z powrotem (with gypsy feet) Cz. I Lwów.

Frontalny atak lata, zwany tutaj wiosną, spowodował, że większość ponad dwutygodniowej tułaczki spędziłem w klapkach zaś przewidziane na ten wyjazd (i różne jego aspekty) wojskowe Kupczaki przywiązałem do plecaka trenując w ten sposób zmysł równowagi. Buciory bowiem działały niczym metronom, kiwając się odwrotnie do kroków ich właściciela. A w klapkach, jak to w klapkach, więc i tytuł niczym z Hobbita! :)

Z Doniecka pojechaliśmy do Kijowa, a dokładniej pod Kijów. Cztery dni spędzone w miłych okolicznościach przyrody (Ukraińskie Selo- rekonstrukcja tradycyjnej wsi, działająca również jako hotel), w gronie starych i nowych znajomych. Do tego jeszcze dzień i wieczór spędzony w samej Stolicy i spotkanie z ludźmi, którym zawdzięczam to, że jeszcze tu jestem! :) (O Was i o całej tej aferze więcej napisze!) Podsumowując - wspaniały, inspirujący i motywujący trening Mid - Term, z którego jeszcze jedną naukę na przyszłość wywożę. Jak imprezować, to tylko z trenerami! :)

Powyższe, tytułem wstępu. Tymczasem przepisze, com 3 Maja, siedząc na Mickiewiczowskiej skale w Bachczysaraju, na kolanie bazgrał:

Donieck - Kijów (Ukraińskie Selo) - Lwów - Odessa - Symferopol - Sewastopol - Bachczysaraj - Sewastopol - Inkerman - Balaklava - Chersonez - Bachczysaraj - Donieck.

Jak widać na powyższym zestawieniu dwa poprzednie tygodnie minęły intensywnie, w wielu środkach transportu, a te, jak wiecie z poprzednich moich wynaturzeń ZAWSZE dostarczają wielu emocji i znajomości! Ale po kolei.

врач - ledwo wsiedliśmy w pociąg do Kijowa, zaczepił nas towarzysz podróży - lekarz chirurg z Doniecka. Być może znajomość przerodzi się w dalszą współpracę, bowiem pan doktor prowadzi speaking club w języku angielskim i chciałby nas w nim widzieć.

Kolejnym etapem podróży, był pociąg do Lwowa. Szok już przed wejściem - kilkunastoosobowy ogonek idących gęsiego Cyganek, wrzeszczących (i wyglądających) niby wiedźmy żywcem na stosie palone, w czym wtórowały im liczne bachory płci obojga. Na plecach kobiet spoczywały toboły chyba z prześcieradeł uczynione, a wiązane na czole. Ciężkie niechybnie, gdyż owe Cyganki do ziemi niemal przygniatające. Co ciekawe, ciężar ów zapewne czarcią jakąś sztuką, nie dość, że przepony im nie dławił, to wręcz możliwości wokalne zwiększał!
Widząc to, jak żywe stanęły mi przed oczami oglądane kiedyś filmy o Św. Matce Teresie i Kalkucie zwłaszcza... 
Powiem tylko, że większa część tego wesołego grona do naszego trafiła wagonu, a tam... A tam pan Prowodnik okazał się przedstawicielem ginącego gatunku (asertywnych) Facetów przez duże FY! :) Nie uwierzył w tłumaczenia, że bilety SIĘ zgubiły, nie ugiął się też pod iście piekielnym zawodzeniem ani też krokodyle łzy romskich dziatek nie skruszyły skały jego charakteru*. Z pomocą pana Prowodnika z sąsiedniego wagonu - posiadacza niewątpliwie podziwu godnych gabarytów, towarzystwo usunął, właściwie całe, bo trzech Cyganek wieku godnego i dwójki dzieci na jednym łóziu liczyć wszak nie wypada! 
I tak minęło nam pierwsze 10 min kolejnej podróży...    
Za właściwe towarzyszki podróży mieliśmy dwie panie z Moskwy. Jedna nie mówiła wcale, druga bez przerwy. Dowiedziawszy się, że do Lwowa jedziem, zaczęła (ta druga!) krasiwymi słowami swemi malować nam obraz tego miasta.  Malowała tak udatnie, że wkrótce na naszych kojach zaroiło się od chętnych do tego słuchowiska, a jadących tam z bliskiego Donieckowi... Rostowa i innych miast mateczki Rassiji! Wszyscy z długopisami w rękach (m.in. tym, którymi te słowa po raz pierwszy skreślone zostały-takim dobry, żem pożyczył!) ;). I tak przez kolejne 2-3 godziny pisali sobie jej wersję lwowskiego przewodnika. 


Na koniec sympatyczna matrona stwierdziła, że gdyby nie mąż, już dawno by we Lwowie osiadła (wszak "Nie ma jak Lwów!") po czym zasnęła, chrapiąc konkretnie! Z tego jej snu (i chrapania) wyrwałem ją o 5 rano, chcąc wyjąć me skarby pod miejscem jej spoczynku się znajdujące. Udało się! Na koniec jeszcze kilka miłych słów (i porad) i rozstaliśmy się - pani bowiem wyjątkowo nie jechała do Lwowa! 
I już Lwów. Dworzec znany mi (i Wam- patrz: http://szachcior.blogspot.com/2012/01/waz-uroboros-pije_25.html) już. Dość długie poszukiwanie przystanku marszrutki (a oczywiście był pod nosem!) i wreszcie szczęśliwy finał w mieszkaniu naszych polskich współtowarzyszy EVSowej doli - Gosi, Karoliny i Michała (którego zresztą w Bachczysaraju spotkałem w dzień, w który te słowa po raz pierwszy pisałem). Szybki posiłek złożony z resztek rozszabrowywanych z uroczystej, kończącej trening, kolacji. Ablucja w zimnej wodzie- odpłaciły nam dziewczyny pięknym za nadobne za swą u nas niedolę! I pędzimy, a raczej snujemy się przez korki by szukać prawdy kryjącej się w tych wszystkich lwowskich pieśniach, podaniach, legendach i babcinych opowieściach...
Jeszcze szybkie spotkanie w organizacji goszczącej naszych gospodarzy i dalej w miasto!
Halsujemy bokiem unikając głównych ciągów komunikacyjnych. I dobrze - w każdym mieście najsmaczniejsze są jego KLIMATY a Lwów to smak(ołyk) nad smaki(ołyki)! 
Po krótkim czasie okazuje się, że Dawid - mój towarzysz podróży, współlokator i współ-wolontariusz a przy okazji prawdziwy Góral, nie jest fanem mojej wersji zwiedzania, polegającej na włóczeniu, gubieniu się i (czasem), znajdowaniu. Chcąc, nie chcąc otwieram mapę i PLANUJEMY ( brr! Wszak, jak mawia klasyk: "Plany są dla mięczaków!" ;)) gdzie iść dalej.     
Oglądamy cerkiew Św. Jura wraz z kryptą i wałęsa`my się po uniwersytecie kiedyś imienia Jana Kazimierza, następnie do centrum zaglądając w mijane po drodze bramy, klatki schodowe i podwórka (na jednym królują dwie Pabiedy) w których "oswajamy" ducha tego miasta. 
I już rynek. W rynku ratusz, w ratuszu wieża, w wieży wspaniały zegar (który w skupieniu kontemplujemy przez niemal pół czasa), dzwony na szczycie i wspaniała panorama dookoła.
Z wieży zbiegamy, gdyż za chwilę spotkać się mamy z naszą tego dnia przewodniczką - Gosią. 
"Przy Neptunie" - by go znaleźć, obchodzimy ratusz dookoła, aż, w końcu, znajdujemy właściwą fontannę.
Szukając Neptuna, przypomina mi się historia opowiedziana mi kiedyś przez Zdzicha, kumpla mego ojca. Otóż Zdzich umówił się kiedyś z dziewczyną "pod delfinami" w Warszawie, a dokładniej pod Pałacem Kultury. Tam też takich fontann kilka i o mały włos zamiast randki byłby klops. Udało się mu spotkać, udało się i nam. Baa! Nawet pierwsi byliśmy. Co robimy? Idziemy jeść! Gdzie? Hmm...
Wybór pada na miejsce cieszące się pewnym specyficznym nimbem...
Kryivka...
Wiem jedno, moja noga więcej tam nie postanie, i pisać o niej więcej też nie zamierzam, co by reklamy niechcący nie zrobić. Powiem tylko, że po ok. dziesięciominutowej wizycie, wychodząc zostałem poczęstowany przez pana strażnika (nie)przypadkowym szturchańcem lufą pepechy w nerkę...  NIE DO ZOBACZENIA!
Poszliśmy na pierogi wareniki.
Mieszane uczucia potęgują we mnie napisy pt. "Banderstadt" na murach, cmentarz "gierojów" UPA usytuowany tuż za murem (czyli w "nie święconej ziemi"! ) Łyczakowa i sam Cmentarz Łyczakowski, a raczej fatalny stan bardzo wielu pomników, grobów i figur (z)niszczonych świadomie i z premedytacją, podobnie zresztą jak tablica pamiątkowa (na Starym Rynku) na miejscu, w którym stała synagoga. Wandal zniszczył napis ukraiński, angielskiego chyba nie rozumiał, więc (na szczęście!) zostawił. Pewnie fraza o społeczności żydowskiej tworzącej inteligencję tego miasta się nie spodobała?
Wracając do cmentarza, wchodzimy przez dziurę w falistej blasze (jest 19 i główne wejście zamknięte) i tą drogą dostajemy się na nekropolię.
Łyczaków dla mnie jest jak miasto, w którym trwa. Nie mógłby istnieć w żadnym innym mieście, nie pasowałby. Atmosfera jednego i drugiego przesącza się przez mury i łączy w jedno.
Trudna historia tego miasta jest tam zapisana. Obok siebie groby Polaków, Ukraińców, Niemców, Anglików, Amerykanów (m.in. z "Eskadry Kościuszkowskiej"). Tablice zapisane alfabetem łacińskim i cyrylicą. Często na jednym grobie obydwoma naraz.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie cmentarz Orląt. Po długich targach politycznych nie tak dawno temu wyremontowany podobnie zresztą jak znajdujący się obok cmentarz żołnierzy Ukraińskiej Armii Halickiej. Dawni wrogowie dziś leżą niemal razem.
Ppłk Dypl. Jana Tatara

Lista znanych, których tam pochowano, jest długa i łatwo dostępna. Ja natomiast chciałem przedstawić postać ppłk dypl. Jana Tatary - oficera 9 Pułku Ułanów Małopolskich, kawalera orderu Virtuti Militari, który... zginął w wypadku samochodowym w 1930r., a pochowany został właśnie na Cmentarzu Orląt o czym wiem, dzięki informacjom od niezawodnego Pana Andrzeja Przybyszewskiego - kolejny już raz - DZIĘKUJĘ! 

Zapaliwszy znicze, zrobiwszy masę zdjęć (które niestety pożarł cyfrowy chochlik), opuszczamy cmentarz już przez główną bramę, pokrętnie tłumacząc miłemu strażnikowi, że weszliśmy bocznym wejściem (ponoć jest takowe). Opuszczam z przeświadczeniem, że jeszcze nie jeden raz przyjdzie mi przechadzać się alejami tej nekropolii, czego już, podobnie jak kolejnej wizyty we Lwowie, nie mogę doczekać!
Tak kończymy dzień pierwszy. Wcześniej jeszcze zdążyliśmy m. in. zobaczyć kilka(naście) cerkwi i chramów, wszystkie trzy katedry, fabryczkę czekolady i knajpę poświęconą Leopoldowi von Sacher - Mazochowi oraz targ książek, który (a raczej zakupy na nim poczynione) każą mi czem prędzej do Lwowa wracać! Swoją drogą to ciekawe, kupione książki o aniołach traktują, a wierzcie, lub nie, wiele wejść na tego bloga z przeglądarki Głóównej prowadzi przez słowo klucz - anioł!

Dnia następnego mój towarzysz jedzie odwiedzić wspólnych znajomych w Łucku, ja natomiast postanawiam dalej samotnie włóczyć się po lwowskich zaułkach. I się włóczę. Idę w starą, lecz nie całkiem turystyczną część miasta, położoną za Wzgórzem Zamkowym, przypominająca nieco warszawską Pragę sprzed lat. Choć na pytanie do jakiego miasta podobny jest Lwów, ja odpowiedzieć nie potrafię. Dla mnie jest "lwowski"! I w tym cały jego urok! Choć urok ten psują niektórzy ludzie. Bo wyobraźcie sobie, że w sklepie z pamiątkami znajdującym się w najstarszej ocalałej baszcie, znalazłem koszulki z... nazistowskim orłem, który zamiast swastyki trzymał w szponach... herb Ukrainy! O całej masie koszulek z wizerunkiem S.B. czy tekstami wymawianymi przez Kozaka, pt. "Cieszcie się Moskale, że ja nie Bóg!", nawet nie wspomnę! Cóż... ze sklepu wychodzę, i zanurzam się dalej w labirynt bram i uliczek. Ok. godz. 17 dołącza do mnie Karolina. W lokalu dla "miejscowych" wcinam obiad i zapijam kwasem (chlebowym - jest 30 kilka stopni!). Stamtąd idziemy do muzeum piwa, udaje nam się wejść w ostatniej chwili. Wystawa mała, ale ciekawa, do tego, co najważniejsze, degustacja! :) 


  


Zdjęcie ze strony: http://wycieczki.pl.ua/pol-zdjecia-dawnego-lwowa.html. Polecam!
Po "muzeum" przez kolejnych kilka godzin "zwiedzamy" dalej miasto moją metodą, którą jak się okazało, moja towarzyszka również podziela. Tym sposobem znajdujemy mnóstwo ciekawych bram, klatek schodowych i podwórek. I tak dochodzimy do Pałacu Potockich, gdzie piszący te słowa próbował wypatrzyć... stajnie oczywiście. I na tym kończymy. Kończy się też nasza lwowska przygoda. Tej nocy bowiem wyruszamy do Odessy. Na dworzec jedziemy taksówką, zwiedzając miasto tym razem już wbrew woli i płacąc słono. Coś z lwowskich cwaniaków zostało! 
A opisy dalszych peregrynacji niebawem, jako że już 3 rano!

*- takie mnie natchnienie na tej skale naszło! ;)

czwartek, 22 marca 2012

Rozważania pod wpływem... Gombrowicza i Cambronne`a

Na początku było słowo... o słowach zatem. O tych ulubionych:
 
не работает - czyli nie działa, nie pracuje. Nie rabotać może wszystko. Np. drzwi w tramwaju, lub tramwaj jako całość. Gdy nie działają tylko drzwi, pani konduktorka stoi przy nich na przystanku i wrzeszczy strasznie (tak, żeby ją było za drzwiami słychać) że не работает!!! A tramwaj, jedzie sobie jedzie i... nagle staje! Na co pasażerowie ze stoickim sposobem stwierdzają oo не работает! :) Ty natomiast chcąc, nie chcąc musisz wyjść na mróz i maszerować przez śniegi, niczym współczesna siłaczka, bo przecież урок do zrobienia i dzieci czekają... (урок - czyli lekcja, to NIE jest moje ulubione słowo!).
Na tym przystanku się często psuje.

Może być też odwrotnie: ... работает! Np. sklep niedaleko miejsca, w którym mieszkam jest remontowany. Budynek cały obudowany rusztowaniami a na nich wielki baner: магазин работает!
Ponieważ to moja ULUBIONA fraza, wiele przykładów jej zastosowania odnoszących się do rzeczy, ludzi i... pewnie jeszcze by się znalazło! :)

закон (дурацки) - czyli prawo. Drugi wyraz wujek Google tłumaczy jako nierozsądny... Bardzo wyważony jest wujek G. Większość powiedziałaby (i mówi) głupi. Niestety często, co mnie osobiście dotyczy, słowa te ze sobą współistnieją, wręcz wymieniane są jednym tchem. Ale o durackich zakonach, rozpiszę się szerzej wtedy, gdy jeden z nich mnie obejmie (lub nie, na co wciąż mam nadzieję!), czyli po ostatnim dniu marca. Tymczasem czytelnikom pozostaje ściskanie palców dłoni kciukami zwanych, by kolejny wpis miał charakter humorystyczno - cyniczny, nie żałobny...


дурдом - tutaj wujek Google już sobie nie radzi, tłumaczy bowiem na "WARIATKOWIE"! Domyślam się, że o wariatkowo chodzi ? Ciekawe, że szpitala psychiatrycznego nikt w zasobach tłumacza wbudowanego do największej przeglądarki nie umieścił. 
дурдом zyskał sławę dzięki nagraniu, które tutaj niniejszym zamieszczam: 


Dla mnie ma jeszcze inny wymiar. Kojarzy mi się z wszelkimi instytucjami umacniającymi władze państwową - zwłaszcza w kraju, w którym obecnie (JESZCZE!) się znajduję (inaczej pisać nie wypada, sam jeszcze nie dawno w takowej instytucji rabotałem! :)). Efektem tego umacniania, jest, przynajmniej w moim przypadku, zmienione чувство, czyli samopoczucie, na takie, jak na tych filmikach przedstawione. Reasumując, po wyjściu z nich czuje się jak dureń czyli дурак (choć to bardziej głupek :)). Ale o tym jeszcze nie teraz! :)


не переживай - po naszemu nie martw się, choć nasza wersja nieoficjalna mówi: nie przeżywaj! :)
Słowa te słyszę, kiedy już mury opisanych wyżej instytucji opuszczę. Słyszę je też BARDZO CZĘSTO w każdej innej niemal sytuacji: gdy drzwi od tramwaju(a?), cały tramwaj, okno w pociągu, bankomat itp. itd. не работает!!! Gdy ten ostatni nie działa, to, mnie przynajmniej (nikomu innemu się to nie zdarzyło!) KOPIE PRĄDEM! I to nie jeden tylko! Mogę pokazać około dziesięciu donieckich bankomatów, które mnie tak potraktowały!

A gdy już się martwić i w... denerwować przestanę (a że mnie znacie to wiecie, że trochę to trwa!), słyszę всё будет хорошо! Mam nadzieję, że wszyscy moi czytelnicy zdążyli od listopada nieco się krzaków (czyli Cyrylicy wg koleżanki Mamy Sachy), nauczyć! A tych co nie zdążyli, uspokajam, WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE! NIE MARTW SIĘ! I tym miłym akcentem, zakończę!*











* Pisane pod wpływem... długotrwałego stresu związanego z całkiem realną groźbą opuszczenia tej (U)krainy...







poniedziałek, 12 marca 2012

D(O) KOBIET(ACH)

... oj ciężko mi było do tego tekstu się zabrać. Wiele wątpliwości czy aby na pewno powinienem? Bo nie będzie słodko! Choć w zasadzie powinno- wszak ósmy dopiero co był. Cóż, to je moje, więc będzie po mojemu, czyli gorzko-kwaśne moje kilkumiesięczne obserwacje...

Jestem na Ukrainie, czyli w kraju, w którym ponoć (zgodnie z wynikami jakichś badań, na których wyniki ciągle czekam! - koleżanki tutejsze obiecały!), żyją najpiękniejsze kobiety! Więc o co mi chodzi? To posłuchajcie...

Primo
Nowo poznana koleżanka, niedawno jeszcze grała na instrumentach, uczyła się języków, uprawiała sporty... Co się stało, że przestała? Poznała faceta... Cóż z tego? Posłużę się cytatem, bo nie uwierzycie: "chcę mu służyć, bo jest great". Ok, gościa też znam, jest świetny, ale czy to powód by rezygnować z wielu życia aspektów? I w imię czego? Zwłaszcza, że chłop świetnie gotuje, sporty uprawia, co jeszcze robi, nie wiem, nie wnikam. Gdy zrobiłem im w kuchni katastrofę, rzuciła się sprzątać i długo musiałem ją przekonywać, że zetrę te 5 litrów ciasta z podłogi... Stanęło na moim, choć w tutejszej rzeczywistości, w podobnej sytuacji - różnicy zdań między kobietą i mężczyzną, zwykle jest odwrotnie. Też przykład - sprzątanie! Ale od szczegółu do ogółu, lub jak mawia moja ukochana kobieta, babcia: "od rzemyczka, do koniczka".  

Secundo
Weekendowa wyprawa do...huty. Wielki kompleks z własnym, darmowym lodowiskiem (główny cel wyprawy), cerkwią i mini zoo (nie takie mini - są w nim wielbłądy!). Żeby tam wejść, trzeba być pracownikiem, lub takowego znać. Znamy! Pracuje tam nasza koleżanka, która była organizatorem całego przedsięwzięcia. I kiedy tak sobie zwiedzamy, ona nagle staje, ostentacyjnie odwraca się do mnie swoją tylną stroną, w moją zaś wielkopańskim gestem wyciąga rękę, w której dzierży MAŁĄ (w opowieściach późniejszych siatka rośnie i cięższa się robi, podobnie jak ja staję się coraz gorszy!) siatkę, z NIE-WIADOMO-CZYM. Widząc moje zdziwienie, pozostałe uczestniczki wyprawy instrują: „no weź torebkę!”.
Ja na takie dictum, obracam się również, i idę, ale w drugą stronę (do wielbłądów!). Sytuację ratuje kolega, który nieszczęsną sumkę, zabiera. 

Tertio
*        Jeszcze raz ostrzegam! Piszący za alfę ni omegę, ni żaden inny znak greckiego alfabetu się nie uważa, i pisze, co widzi, i co mu mózg i serducho dyktują (nie zawsze w tej kolejności!). Czytać przymusu nie ma! W zasadzie pewną satysfakcją piszącego napawa to, że choć przymusu nie ma, czytane jest! (BTW najwięcej w... USA! THX!).   I choć ja jestem taka krowa, co jej ciężko idzie i rzadko się zdarza zmienianie poglądów, chętnie się z innymi opiniami spotkam a nawet POKŁÓCĘ! 

Ad rem, wszelkie niesnaski czy dziwne sytuacje związane z szeroko pojętym współistnieniem międzyludzkim, jakie dotąd zaobserwowałem, dotyczą wyłącznie przede wszystkim* (przypomniano mi jedną sytuację z osobnikiem płci męskiej w roli głównej) pięknej płci.

To, że mężczyzn w społeczeństwie jest mniej, potwierdzają przeróżne statystyki. Ale to, że większość wydarzeń (może z wyjątkiem wypadów na mecze – DZIĘKI CI ANDRIEJ!), to efekt kobiecej organizacji, jest już dla mnie dziwne. Zwłaszcza dla mnie, który organizowanie uwielbia! Cóż, tutaj jest inaczej. Tym światem rządzą panie, lecz myli się ten, kto uzna go za idealny. (Nie dlatego, że rządzą nim panie! ;))  
Dlaczego?
Mimo poruszania się w różnych środowiskach, widzę podobne prawidłowości:
Jedna pani/dziewczyna/kobieta lubi drugą, trzeciej i czwartej już nie. Czemu nie? BO NIE!!!
Jeśli ty lubisz trzecią i czwartą to... masz problem! One (te trzecia i czwarta) też. Jeżeli trzecia i/lub czwarta robią coś i chcą byś w tym uczestniczył, nie mówisz tego pierwszej (i drugiej) bo przecież się nie lubią (z trzecią i/lub czwartą)! Logiczne chyba?! Ooo! Nie ma tak łatwo!
Milionowy Donieck przypomina mi pod tym względem 130 tysięczne Opole. Wieści i ploty rozchodzą się błyskawicznie. Sprzyja temu też, na przekór informacjom podanym w przewodnikach, to, iż w Doniecku nie ma wcale zatrzęsienia tzw. "miejsc młodzieżowych”. Więc szansa na to, że kogoś gdzieś spotkasz jest spora.
A wracając, mimo, że pierwsza (i/lub druga) nie pójdzie, bo przecież trzecia i/lub czwarta, to nie odmówi sobie przyjemności zmycia ci głowy (i/lub wbicia szpili), - przecież ona wszystko i zawsze dla ciebie (was)!
I tu dochodzę do sedna mych rozważań, czyli MANIPULACJI.
O tym, że kobiety są mistrzyniami w tej sztuce nie muszę chyba nikogo przekonywać? A to że ja jestem na tego typu praktyki chorobliwie wyczulony (co nie znaczy, że odporny) to (kolejny już) mój problem!
Ale z czego tutejsza manipulacja właściwie wynika?
Jest to kwestia, której chyba nie zrozumie. Tutejsze kontakty damsko – męskie. Z jednej strony, jak powiedział kolega – Ukrainiec, kobiety harujące jak konie, z drugiej (tego już nie mówił – sam widzę!) bardzo często bezradni faceci za których większość najprostszych nawet decyzji (np. jakie jajka kupić), podejmują laski, co wcale nie przeszkadza im czuć się i zachowywać jak przysłowiowy Macho – Man!

Quatro
Impreza jest, tzn. Robimy obiad i palimy shishę. Gospodyni (wcześniej) pisze smsa do swej przyjaciółki by też przyszła. Nie przychodzi, nie odpisuje (telefon jej nawalił później się okazuję). I co? Jest śmiertelnie obrażona!
Efekt- gdy ja organizuje podobną nasiadówę, wcześniejsza gospodyni przychodzi ze swą kumpelką (aż się prosi, by wziąć w nawias!) i... jej siostrą!    

Quinto
Salsa Party. Niby chcemy iść, ale nie wiadomo czy pójdziemy, bo gdzie trzech Polaków (tzn. Polak jeden, za to Polki dwie) tam... ile zdań?
Jedna taka też chce iść. Od razu jej mówię, że NIE WIEM jeszcze, czy NA PEWNO pójdziemy. Zwłaszcza, że mam priorytet w postaci gościa z Polski (to ta jedna Polka- o niej będzie osobno! :) ).
- „Ok, to dajcie znać co i jak”. -„Ok!”.
Gdy znak daje, odmienny od oczekiwanego (że jednak nie idziemy, choć w końcu poszliśmy...uff!), afera i wyrzuty. Że mogła sobie przecież inaczej wieczór zorganizować (no mogła!), na koniec słyszę płaczem niemal wypowiadane życzenia miłego WAM wieczoru...
To wszystko marność (i gonienie za wiatrem), bo prawdziwą artystką tej sztuki, jest właścicielka wielkich, sarnich oczu, którymi potrafi ofiary swe (drapieżna to sarna!) znakomicie prześwietlać/rozmiękczać/hipnotyzować*.
A, że kto z kim, takim, tak więc widzę i czuję, że krąg wokół się zaciska, i linek u odnóży mi przybywa...
A nóż zabrali strażnicy graniczni na lądowisku we Wiedniu... 

P.S.
Za lat ...dzieścia będę tęsknił do tych dylematów! ;) Uzmysłowiła mi ten fakt straszliwy wspomniana gość(ÓWA) z Polski – Kamila – DZIĘKI CI!
Korzystając z okazji pragnę wszystkie (czytające ten tekst, choć mam nadzieję, że wiele ich nie będzie!!!) Białogłowy, zapewnić o mych wielkich dla WAS afektach! Tych pozytywnych oczywiście! Choć ponarzekałem tutaj, zapewniam, iż kierowała mną jedynie chęć zgłębienia Waszego wnętrza, które to różni się też w zależności od szerokości...(geograficznej).

Co by obraz był pełny, polecam damski punkt widzenia na poruszone tutaj sprawy. Damski, czyli moich współlokatorek:
Magdy: http://marshrutka-travel.blogspot.com/2012/02/c.html
I Oli - te już w tekście 'podlinkowałem'.

* niepotrzebne skreśl!

środa, 29 lutego 2012

Dzień Muższciny

Taki to obrazek przysłała mi koleżanka na jedynym, prawdziwym i niepowtarzalnym portalu społecznościowym V KONTAKTE (im bardziej na wschód od Bugu, tym VK bardziej rządzi! :))

Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek pomyślę, lub co gorsza napiszę, cokolwiek dobrego o Armii Czerwonej...
A tu proszę! Wszystko zmienił 23 lutego, w którym to dniu kraje byłego sojuza obchodzą День защитника Отечества, nazywany potocznie Dniem Muższciny, czyli mężczyzny. Nie bardzo da się to ŚWIĘTO porównać z naszym banalnym dniem chłopaka. Bo i ich geneza zgoła inna i obchody nieporównywalne! Tutejsze jest bowiem poświęcone Armii Czerwonej, jej żołnierzom, weteranom, ale też wszystkim tym, którzy, w godzinie próby, bez wahania chwycą za broń, by bronić swych bliskich -
Pierwsze zdziwienie przeżyłem rano w autobusie, kiedy wsiadło doń starsze małżeństwo. I to pani ustąpiła panu miejsca, przy okazji czule się do niego uśmiechając i pieszczotliwie gładząc po zarośniętym obliczu, wywołując tym samym również moje rozczulenie.
Jednak największą niespodzianką tego dnia, było wyjście na tzw. "siłkę". Otwieram drzwi świątyni testosteronu i... zmieniam się w jedną z słynniejszych postaci biblijnych, kobietę w dodatku! W żonę Lota mianowicie - tak mnie zamurowało! Z letargu wyrwał mnie wrzask kolegów, by drzwi zamknąć bo холодно! No to wszedłem i zamknąłem. Zastanawiacie się pewnie co takie wrażenie na mnie zrobiło? Nasze "siłowniowe" koleżanki, w większej zresztą "sile" niż zwykle przybyłe, i co najważniejsze, inaczej też odziane! :) Nie dość że same wyglądające prześlicznie, próbowały też przyozdobić nasze miejsce spotkań. Wszędzie wisiały więc balony i rysunki. Jeden z nich zwłaszcza mi się spodobał - przedstawiał zajączka w sportowym wdzianku, dźwigającego ciężką sztangę, w tle symbol Audi lub olimpiady, do wyboru, i podpis: "od żeńskiego kolektywu" :). Urocze! A do tego wszystkiego przyniosły jeszcze tak potrzebne przy intensywnym wysiłku fizycznym, węglowodany w postaci soków, tortów i... cukierków! :)

A wyglądały tak:
A tu ze mną! :)


I jeszcze raz!
I całą (męską) bandą:
Czwarty pan od prawej, to nasz trener i... jego dziadek był Polakiem!
I na koniec wszyscy razem:

Po powrocie z siłowni do domu, powitały i obdarowały prezentem w postaci Drinking Bingo (to to coś jak dla chomika), nasze wspaniałe współtowarzyszki niedoli, czyli Mama Sasza i Magda. Prezent został czem prędzej wypróbowany czy aby działa? Działa! Dziękuje(MY)!

Kończąc, refleksją taką się podzielę. Po tym dniu, zapewniam, fanem czerwonej armady się nie stałem. Jednak miło jest zobaczyć dziewczyny, panie i starsze nawet kobiety, próbujące na wszelakie sposoby umilić nam, facetom,  życie! (A że okazja taka, no trudno! Znajomy Pułk Kozaków Im. Bohuna, umieścił na wspomnianym wcześniej medium, materiał o tym, iż jest to święto okupanta!).
Zaś poznany również zresztą na tej siłowni kolega, oksfordzką angielszczyzną przewagi ukraińskich dziewcząt wyliczał: że harują jak (nomen-omen ;)) konie - praca lub dwie, dom, dzieci, mąż, no i jeszcze że piękne. Fakt! Bo jak oceniła, też niczego sobie, koleżanka - Meksykanka, "average is 8" (w skali do 10). Więc drogie Panie zdają sobie panowie z Waszej wspaniałości sprawę! Możliwość okazania tego wkrótce!
Tymczasem od święta mężczyzn przeszedłem do kobiet, a to wszak temat godzien odrębnego potraktowania, ale to już w innej bajce!

sobota, 18 lutego 2012

COOL2R(w)A



Tytuł tego posta jest swoistym hołdem dla nieistniejącej już niestety o`polskiej kapeli KULTÓRWA
Ale chciałem też trochę o kulturze - tej wyższej i tej na moim poziomie potraktować...
Powodów mam multum - prowadzę zajęcia kulturze poświęcone w jednej z 'moich' szkół, lecz przede wszystkim, moje życie tutaj jest niezwykle bogate w różnorakie wydarzenia kulturalne! Po roku spędzonym w dużej części w stajni, to spora zmiana! Tak wielka, że aż dziwnie się z tym czuję! (Brakuje mi stajni! :) Na tyle dziwnie, co by przelać me wrażenia na e-papier i podzielić się nimi z Wami! :)

Przed przyjazdem na Ukrainę byłem w życiu może na trzech wieczorach poezji. 3 miesiące tutaj - wieczory poezji (5), prozy i pieśni autorskiej (1), prezentacja tomiku poezji mojego kumpla (1), przegląd zaangażowanych społecznie filmów (1), koncert (1 - ale za to jaki!) i muzeum.
Do tego dochodzą aktywności takie jak dyskusyjny klub filmowy, English speaking club (dziś odbyły się pierwsze zajęcia - pełna sala ludzi chcących rozmawiać po angielsku!).
Zdecydowanie więcej atrakcji jeszcze na mnie czeka! W Doniecku jest kilka teatrów (do jednego mam zaproszenie na jutro), opera, filharmonia, kina, cyrk (nie w namiocie, tylko w specjalnym, ogromnym budynku), oceanarium z czterema delfinami (przez godzinę oglądałem je przez okienko), obserwatorium i... Bóg wie co jeszcze! Wiem też, że możliwe jest odwiedzenie kopalni (węgla i soli), co również chcę uczynić!
Ale od początku.

W zeszłym tygodniu moja mentorka Kristina zadzwoniła do mnie z propozycją wspólnego spędzenia czasu - do wyboru: lodowisko lub wieczór literacki. Co wybrałem? Lodowisko oczywiście! 
Ale, ale! Jak to mawia moja kochana siostrzyczka "hold your horses!". 
It`s Ukraine! I zima! Zapytacie, co przeszkadza zimno lodowisku?
A jednak! Było tak zimno, że lodowisko zamknęli bo... z zimna lód popękał! Niezwykłe! I tym sposobem trafiłem na wieczór poezji, prozy, pieśni autorskiej oraz prezentacji plastycznych dzieł.
Idziemy do jednej z 'cooltowszych' donieckich miejscówek - Izby. Sala mała i ludzi pełna. 
 Pierwszy artysta czyta białe, melancholijne wiersze a w tym czasie po sali krążą jego rysunki, wykonywane techniką, która przypomina mi obrazki-mozaiki wyklejane z kawałków kolorowego papieru przez mojego pradziadka. Wyobraźcie sobie, że obrazy Matejki umiał tą techniką skopiować! (Pradziadek, nie ten gość).
Tymczasem na scenę wchodzi dziewczyna, której jeden z wierszy wrył mi się w pamięć. Może nie cały, ale fraza: "ludzie są jak papierosy". Musiała się potem z tego publice spowiadać, i wyjaśniła to tak: "jednymi cieszysz się długo, innych chcesz się pozbyć jak najszybciej". Przypomniałem sobie to zdanie dzisiaj, paląc shishę nabitą fantastyczną wiśniową melasą. Pomyślałem, że w mojej wersji powinno to brzmieć właśnie z shishą w roli głównej - którą albo palisz długo (Magda, Adam, Misiu- 8 godzinne posiedzenie w pewnej 'czarownej' słowackiej herbaciarni), albo wcale! 
Ad rem! Przed widownią zjawia się dziewczyna z gitarą by zaśpiewać własne utwory! Jeden z nich jest o wojnie. Że dziś oglądamy ją oczami przodków. Mądry tekst i piękny głos!
Po niej na scenę wskakuje przysłowiowy chłop jak dąb, którego raczej podejrzewałem o bycie kimś bliskim, którejś z artystek a tu taka niespodzianka! Wrażenie potęguje fakt, iż ubrany jest od stóp do głów w dres (na stopach adidasy), i niemal musi się schylać pod sufitem. W garści krzepko dzierży pokaźny plik kartek formatu A4 (na oko z pół ryzy), zaczyna czytać i... z wielkiego cielska wydobywa się głosik godzien polnej myszki. Zestresowany jest chłopak straszliwie! Dres musi rozpiąć choć NIE JEST GORĄCO, z czoła mu się dosłownie leje a ręce się trzęsą jak... no wiecie!
Ale jak pisze!
Wiersze są piękne! Choć moja znajomość rosyjskiego nie ogarnia wszystkiego, mimo to pozwala się zachwycić bogactwem metafor, mnogością poruszanych tematów i ich głębią.
Z wierszy wynika, iż pasją chłopaka nie jest boks, lecz taniec!
Gdy padają pytania z sali o tą jego aktywność, chłopak ożywa i zaczyna tłumaczyć niuanse tańców latynoamerykańskich.
Jednak moją faworytką, już na pierwszy rzut oka ;) jest ostatnia występująca. Właściwie już sam widok wystarczyłby- śliczna dziewczyna o kręconych, sięgających pasa włosach...
Czyta lecz także recytuje z pamięci swoje wiersze i... bajki w języku rosyjskim ale też i w pięknej (w jej wykonaniu zwłaszcza!) ukraińskiej mowie, którą w Doniecku niełatwo usłyszeć.
Dziewczę, prócz wyżej wymienionych przymiotów jeszcze tańczy, gra na instrumentach i pisze muzykę. Gdy przychodzi do pytań, już mam jedno zadać, gdy jego podmiot ożywa i do sceny podchodzi...
Okładka pierwszego tomiku poezji kumpla Vadima - pierwszego Ukraińca, z którym piłem wódkę!

I właściwie na tym chciałem zakończyć, gdyby nie wydarzenia ostatnich dni.
Zauważyłem, że ilekroć wychodzę sam z domu, coś lub ktoś, a zazwyczaj wszystko naraz, mnie spotyka!
Ostatnio padł rekord. Idąc po ciężkim treningu na kolację, zaczepiła nas Babuszka. Zapytała o godzinę. Przyznam że z jej poprawnym wskazywaniem mam jeszcze problem. Nie zrozumiała, pomogła Beata. I się zaczęło. Przez pół godziny babcia nawijała o religii, filozofii, nauce. My kiwaliśmy głowami, po czym babcia podziękowała za ROZMOWĘ, pobłogosławiła i podreptała przez śniegi w swoją stronę. 
To był początek.
Do domu wracałem mocno okrężną drogą-ciężko wytłumaczyć niuanse transportu miejskiego w Doniecku.
Wymyśliłem trasę: trolejbus - z buta - tramwaj (jak przyjedzie) i znów z buta.
Tramwaj przyjechał, lecz wcześniej na przystanku zamamrotał coś, wyglądający NIE - ZA - BARDZO, człowiek. Na wszelki wypadek odparłem, iż nie mam pieniędzy i... tak poznałem Slawika...
Slawik pieniądze miał i bardzo się oburzył. Żeby go udobruchać, kupiłem mu bilet w tramwaju. No to on mnie w zamian na piwo pod sklep zaciągnął. Pod sklepem poznałem Azera z Kaukazu i usłyszałem historię życia pani sklepikarki, która oddawała się właśnie papierosowemu nałogowi. Sklep w tym czasie zamknięty (ok. 11 wieczorem!). Gdy skończyła,  wszyscy grzecznie weszli i pozamawiali co chcieli.
Slawik jest niemal moim sąsiadem, więc szliśmy razem pijąc i gadając. Co jakiś czas przerywała nam tylko telefonami, zaniepokojona nieobecnością męża, żona. Ale jak on pięknie do niej mówił! Maja sladienka! 
Mimo, iż nieco wcięty, ustępował miejsca na wychodzonej w śniegu ścieżce wszystkim ludziom wokoło. Opowiadał o swojej pracy (jest stolarzem- w siatce niósł wyrzynarkę Boscha- kiedyś takowe sprzedawałem!), żonie, dzieciach i rodzinie. Ma polskie korzenie! 
Zresztą polskiemu premierowi też by pomógł! Odpowiedział bowiem na popularne ostatnio pytanie, "Jak żyć?" sam je uprzednio zadawszy. A odpowiedział tak: "с любовью к другим!".
Czyż nie pięknie?
Dodam, już na sam koniec, iż najbardziej popularnym przekleństwem używanym przez moich ukraińskich znajomych jest блин - naleśnik, który, w ilości hurtowej, będę już dziś dla nich wytwarzał.
A koledzy-koszykarze W OGÓLE nie faulują!
A koledzy-pakerzy chętnie asekurują i się dużo uśmiechają!
I ogólnie, żeby nie było tak cool2ralnie, jest ZAJEBIŚCIE! :)
Ja z... BOHDANEM CHMIELNICKIM - chłopiec w garniturze. Moje zajęcia z cooltury.

Muzeum Krajoznawcze Donieckiej Oblasti - Posąg i Pani, Pani i Posąg, nie wiem kto bardziej nieruchomy.
Bilet na koncert.

Bilet do muzeum.



Info o Speaking Clubie, w którym uczestniczę w charakterze ZAGRANICZNEGO GOŚCIA :)









środa, 8 lutego 2012

Po - świąteczne retrospekcje, czyli dalsza część podróży po maleńki przedmiot wielkiego pożądania :)


O przechodzeniu przez granicę, o pociągach, i o... koniach! Znowu! :)

Po zakończeniu etapu podróży Dnipro – Lwów i (również z przygodami), dotarciu do granicy obu moich krajów, oczom ukazuje się widok niespodziewany! Kilkuset osobowy tłum ciśnie się w wąskim przejściu ograniczonym z każdej strony płotem z siatki wysokim na jakieś 3-4 metry. Przejście ma ok pół kilometra, i ciągnie się między posterunkami wyznaczającymi granicę.
By jednak dotrzeć do celu, trzeba otrzymać swoją dawkę upo/dlenia/korzenia i odstać swoje.
Mimo wszystko, atmosfera niemal rodzinna. Śnieżek prószy, wiatr zacina, babuszki śpiewają kolędy... 
Nowi znajomi, poznani w marszrutce studenci medycyny i stomatologii z Lwowa, sugerują, żebym z pakietem dokumentów, zwłaszcza z biletem na pociąg z Przemyśla, udał się do pograniczników, może puszczą szybciej? Ich cofnęli...
Idę bez specjalnej wiary i nadziei.
Pograniczników jest dwóch, i jak to w kiepskich filmach gangsterskich, jeden budzi  (o ile to w zaistniałej sytuacji, w ogóle możliwe) pozytywne odczucia, drugi wręcz przeciwnie! Czyli dobry i zły glina! Niestety dobry jest też młodszy stażem, więc czekam, aż łaskawie oblicze swe zechce skierować na mnie, szanowny STARSZY STOPNIEM I STAŻEM STRAŻNIK GRANICY NASZEJ WSPANIAŁEJ RZECZYPOSPOLITEJ!
Czekam około pół godziny, za to w doborowym towarzystwie: duchownego Greko-katolickiego, Polaka – przedstawiciela jakiejś wielkiej korporacji, na którego czeka już służbowa maszyna po drugiej stronie kordonu i staruszka – Ukraińca. Łączy nas jedno- pragnienie wejścia tzw. „poza  kolejnością”.  Choć nie do końca to sformułowanie oddaje rzeczywisty obraz pieszego przejścia granicznego w Szeginii.
Wąska ścieżka, między posterunkami, przy polskiej granicy, przedzielona jest na dwie jeszcze węższe, za pomocą konstrukcji z rur. Ścieżki zamykane są bramkami, przy których stoją (teoretycznie) wspomniani wyżej strażnicy. Przy jednej z bramek tłoczą się ludzie, niczym popularne sardynki w puszce, choć mi do głowy, nie wiedzieć czemu, przychodzi porównanie, do zombie, tłoczących się przed wejściem do pubu, w którym schronili się bohaterowie pewnego filmu...



W ogóle filmowych porównań jeszcze kilka będzie...
Przy drugiej furtce, jak już rzekłem, stoimy my w czwórkę, czekając na przybycie gościa, od którego, z czego z przerażeniem zdaje sobie sprawę!, zależy czy: zdążę na pociąg, na który już mam kupiony bilet, czy nie spędze nocy w towarzystwie..., i czy wreszcie zdążę dojechać do domu na wigilię! (jest popołudnie 22 grudnia a kolejka liczy NIE WIEM ILE LUDZI i ciągnie się jakieś 150 metrów!).
Tak sobie stoimy z moimi tego stania niespodziewanymi towarzyszami, pogrążeni w swoich niewesołych myślach, od czasu narzekając na taką rzeczy organizację, i, chcąc nie chcąc, patrząc na ludzi ściśniętych między rurami pierwszej furtki- czyli w odległości wyciągniętej ręki...
Zjawia się wreszcie ten oczekiwany, każdemu coś miłego mówi, mnie na przykład uczenie poucza, o równości wszystkich ludzi, ergo, mam wejść do głównej kolejki i czekać na swą kolej i &^%$* go obchodzi, że nie przewożę niczego na handel, mam bilet itd, itp...
Iście demokratyczna i obywatelska postawa! Liberté, égalité, fraternité!
Czemu zresztą daje wyraz już za chwilę! Rzucając młodemu komendę, pt.”Dobra, wpuszczamy bydło”, staje na złączeniu rur przy głównej bramce, mając (UWAGA BO TO WAŻNY DLA AUTORA TYCH WYN(AT)URZEŃ MOMENT!) za plecami, tą przy której stoję ja!
Gramoli się na rury, płot tworzące, wyglądając jak... (już się domyślacie?) o tak: 
Nawet pozycje ma podobną – rękami bowiem wskazuje ludzi, i jednych WYBIERA do wejścia, drugim każe się cofać. Czuję, że mam niebywałą okazję obcowania z absolutem, że oto zstąpił mój święty imiennik, i dzierżąc w ręku skobel bramki, jednych zaraz do krainy wiecznej szczęśliwości wpuści, a innych (niegodnych na pewno tego zaszczytu) w otchłań precz iść każę!
 











Wrażenie psuje jedynie niewybredny język, cóż Szymon Piotr rybakiem był, nim Świętym Piotrem się stał, więc domniemywać można, choć w zasadzie nie powinno się, iż język jego od biblijnego nieco się różnił...
Ale ja tu się w teologiczne wdaję dywagację, a akcja szybko się toczy! Tłum jakimś cudem się rozsuwa, by wybranych w swe grono, w miejsce odrzuconych, przyjąć, ręka strażnika wędruje na skobel, drzwi się otwierają tłum się wlewa, ja zaś stoję pomiędzy nie bardzo wiedząc co dalej...
Ten, o którym już tu tyle pisałem, każe mi jednak obrócić się w stronę drugiej furtki – w ostatniej chwili, by zobaczyć dieduszkę Ukraińca, właśnie za sobą bramkę zamykającego i za plecami strażnika z resztą tłumu się komponującego... Mgnienie oka, jestem za nim! Drugie mgnienie to właściwie mrugnięcie, porozumiewawcze, drugiego strażnika – the good one`a! ;)
Rzeka ludzkich serc porywa mnie dalej w kierunku drzwi do posterunku... Teraz i ja ściśnięty jak...(do wyboru!), stoję przed właściwymi już drzwiami do punktu kontroli, rozpaczliwie próbując ochronić ramieniem torbę z bratowym laptopem. Na plecach zaś spoczywa wypchany po brzegi plecak, też zresztą prezent od brata!

Współtowarzysze niedoli/kolejki, bardzo mili i pomocni się okazali. Na pierwszy rzut oka właściwie mnie ocenili- „wy tu pierwszy raz?”. Pokazali drzwi dla niepełnosprawnych, lub... dla osób z dużym bagażem i polecili, bym spróbował wejść tamtędy omijając główną kolejkę. Miałem wątpliwości, bo się trochę obawiałem, że zobaczy mnie kapo (ten strażnik z pierwszej bramki, jak go sobie w myślach nazwałem) i cofnie!
Ludzie przekonali mnie jednak, mówiąc, że nawet jak mnie nie wpuszczą na posterunek, zrobią mi miejsce w kolejce. I nawet przegramolić mi się przez płot pomogli!
Tutaj właściwie następuje happy end tej kilku dziesięciogodzinnej historii, jako że na posterunek mnie wpuszczono, przez kontrolę szybko i bezproblemowo (;)) przeszedłem, musiałem jeszcze tylko przepchać się przez podobnych rozmiarów tłum już po polskiej stronie, busik do Przemyśla, tam spotkanie z porzuconymi w Dnipro koleżankami, piwo, pizza, dworzec, bieg po zagubioną torebkę z powrotem do pizzerii, i bezpośredni pociąg do Opola. Niniejszym honor PKP oddać muszę i za komfort podróży podziękować, bo mimo okresu przedświątecznego, całą drogę w pozycji horyzontalnej przejechałem dzięki czemu mogłem... Mogłem sobie śnić spokojnie co mnie za kilka godzin czeka! A czekało mnie powitanie, którego w najskrytszych marzeniach bym nie wymyślił! Ledwo do pociągu wsiadłem, odebrałem dwa telefony. Pierwszy od dowódcy – Gucia, który, gdy dowiedział się, że będę w domu o 4 rano nakazał... nie kładzenie się spać, po chwili drugi, od brata, który powtórzył to samo, wyjaśniając, że pojedziemy witać nowy dzień... do lasu KONNO! :)
I tak też było!
Wschodu słońca nad ośnieżonym lasem, ślizgających się siwków naszych, Tequili i Romea na pierwszym tego sezonu zimowym wyjściu, zapachu lasu zimą i... pogoni za stadem jeleni nigdy nie zapomnę! Dziękuje Wam bardzo! :)


Tytułowy, maleńki przedmiot wielkiego pożądania :)

Tequila

I tu też Tequila :)

Romeo

I moja ulubiona fota Romea - tutaj pod Krzyśkiem, podczas bitwy o twierdzę Koźle.

piątek, 3 lutego 2012

O KO..., nie, nie o koniach, o KO-SZYKÓWCE! :)


Napiszę o moim ulubionym (do czasu zakochania się w POLO!) sporcie, o koszykówce. Powód mam świetny, bo udało mi się wreszcie zagrać! I to z nie byle kim, bo z reprezentacją największego donieckiego uniwersytetu! :) A było tak, nasz niezawodny Andriej, zdobył skądś bilety na mecz ligowy tutejszej drużyny, (2 miejsce w lidze) z ósmym Zaporożem. Gdy przyszliśmy pod koniec pierwszej kwarty, było 29 do 8 dla naszych, którzy ten mecz...przegrali! Prezentując totalny brak zaangażowania i woli walki, za to na przeciwników, momentami aż miło było patrzeć! 

Jednak historią tego wieczoru, było poznanie (na meczu!) dwójki świeżo przybyłych (na studia) do Doniecka Polaków, Beaty i Dominika. Jako, że Polacy integrują się szybko, lub wcale, my wybraliśmy pierwszą opcję, z czego się bardzo cieszę! :) Dominik jest już wschodzącą  gwiazdą wspomnianej wyżej reprezentacji DONDu, i zabrał mnie, łaskawca, ze sobą na trening! (HURRA!) Mimo mrozu i powszechnego odwoływania wszelkich ludzkich aktywności (m. in. mojego bajek czytania!), ekipa koszykarzy zjawiła się w składzie wystarczającym do zrobienia fajnego treningu i rozegrania meczu. Są plusy niskich temperatur! Człowiek się prawie nie poci, łatwiej się oddycha no i przede wszystkim, nawet moja zaniedbana kondycja nie włączyła mi kolki! :)
Drużyna ma swoją salę, wprawdzie parkiet nie jest do końca parkietem, lecz deskami, za to kosze bardzo fajne podobnie jak piłki! Ponadto drużyna ma trenera, który kazał nam ćwiczyć, czy to rzuty z różnych miejsc, czy to zasłony. Także chyba pierwszy w życiu profesjonalny trening koszykówki! :) Pan trener w ogóle wydaje się być ciekawą osobą. Trochę już przeżył (wygląda na 60 lat), trochę po świecie pojeździł, rozmawialiśmy o polskich miastach w których był. I, przede wszystkim, pozwolił mi przychodzić na treningi, mimo iż, "техники у тебя нет" :) Dziękuje!
Zresztą mecz lepszy niż trening, przynajmniej w moim wykonaniu, choć nie obyło się bez kilku nieporozumień, ale hej! Slang sportowy innym językiem jednak jest! :)
Niestety moja pamięć do imion (z żeńskimi nieco lepiej!), woła o pomstę do nieba, więc oczywiście imion moich nowych kolegów z drużyny (ha, jak to brzmi!) nie przytoczę. A napisać chciałem, iż kryłem Chińczyka, wyższego i większego ode mnie, a gdy się cholernik wstrzelił, to nawet z moją ręką na twarzy ładował z każdej pozycji, także zza łuku... ;( Jeszcze mu pokażę! :) Miał koszulkę, oczywiście, JORDANA, ale mi się najbardziej podobały jego okulary a`la Horace Grant (a`propos ktoś jeszcze tego gościa pamięta?). O takie:
Także widzicie, lans w Doniecku to nie tylko żeńska domena! :) Żartów koniec, bo srogą lekcję mi dał, więc póki TAK gra, to niech sobie gogle nosi! :)

Ekipa trenuje trzy razy w tygodniu, poniedziałki, środy i piątki. Mam nadzieję, że w chociaż dwa z tych dni uda się popykać!
A poniżej kilka zdjęć z meczu, ale tego ligowego- profesjonalistów! :) Enjoy!

Nasi biali - właśnie się bronią, niestety nieskutecznie!


Dawid, współwolontariusz i Andrij, autor całego zamieszania.
Dawid, ja i Vytautas (z Litwy).
I już zupełnie na koniec, kilka cytatów z klasyków tej dyscypliny, i nie żeby przekonać wątpiących, że to mądra gra, tylko że po prostu zapamiętania są warte! Proszę:

“I have missed more than 9000 shots in my career. I have lost almost 300 games. On 26 occasions I have been entrusted to take the game winning shot...and missed. And I have failed over and over and over again in my life. And that is why... I succeed.”
Michael Jordan

Coś dla mnie: “You can practice shooting eight hours a day, but if your technique is wrong, then all you become is very good at shooting the wrong way. Get the fundamentals down and the level of everything you do will rise.”
Michael Jordan 

“When it's played the way is supozed to be played, basketball happens in the air; flying, floating, elevated above the floor, levitating the way oppressed peoples of this earth imagine themselves in their dreams.” 
John Edgar Wideman