środa, 29 lutego 2012

Dzień Muższciny

Taki to obrazek przysłała mi koleżanka na jedynym, prawdziwym i niepowtarzalnym portalu społecznościowym V KONTAKTE (im bardziej na wschód od Bugu, tym VK bardziej rządzi! :))

Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek pomyślę, lub co gorsza napiszę, cokolwiek dobrego o Armii Czerwonej...
A tu proszę! Wszystko zmienił 23 lutego, w którym to dniu kraje byłego sojuza obchodzą День защитника Отечества, nazywany potocznie Dniem Muższciny, czyli mężczyzny. Nie bardzo da się to ŚWIĘTO porównać z naszym banalnym dniem chłopaka. Bo i ich geneza zgoła inna i obchody nieporównywalne! Tutejsze jest bowiem poświęcone Armii Czerwonej, jej żołnierzom, weteranom, ale też wszystkim tym, którzy, w godzinie próby, bez wahania chwycą za broń, by bronić swych bliskich -
Pierwsze zdziwienie przeżyłem rano w autobusie, kiedy wsiadło doń starsze małżeństwo. I to pani ustąpiła panu miejsca, przy okazji czule się do niego uśmiechając i pieszczotliwie gładząc po zarośniętym obliczu, wywołując tym samym również moje rozczulenie.
Jednak największą niespodzianką tego dnia, było wyjście na tzw. "siłkę". Otwieram drzwi świątyni testosteronu i... zmieniam się w jedną z słynniejszych postaci biblijnych, kobietę w dodatku! W żonę Lota mianowicie - tak mnie zamurowało! Z letargu wyrwał mnie wrzask kolegów, by drzwi zamknąć bo холодно! No to wszedłem i zamknąłem. Zastanawiacie się pewnie co takie wrażenie na mnie zrobiło? Nasze "siłowniowe" koleżanki, w większej zresztą "sile" niż zwykle przybyłe, i co najważniejsze, inaczej też odziane! :) Nie dość że same wyglądające prześlicznie, próbowały też przyozdobić nasze miejsce spotkań. Wszędzie wisiały więc balony i rysunki. Jeden z nich zwłaszcza mi się spodobał - przedstawiał zajączka w sportowym wdzianku, dźwigającego ciężką sztangę, w tle symbol Audi lub olimpiady, do wyboru, i podpis: "od żeńskiego kolektywu" :). Urocze! A do tego wszystkiego przyniosły jeszcze tak potrzebne przy intensywnym wysiłku fizycznym, węglowodany w postaci soków, tortów i... cukierków! :)

A wyglądały tak:
A tu ze mną! :)


I jeszcze raz!
I całą (męską) bandą:
Czwarty pan od prawej, to nasz trener i... jego dziadek był Polakiem!
I na koniec wszyscy razem:

Po powrocie z siłowni do domu, powitały i obdarowały prezentem w postaci Drinking Bingo (to to coś jak dla chomika), nasze wspaniałe współtowarzyszki niedoli, czyli Mama Sasza i Magda. Prezent został czem prędzej wypróbowany czy aby działa? Działa! Dziękuje(MY)!

Kończąc, refleksją taką się podzielę. Po tym dniu, zapewniam, fanem czerwonej armady się nie stałem. Jednak miło jest zobaczyć dziewczyny, panie i starsze nawet kobiety, próbujące na wszelakie sposoby umilić nam, facetom,  życie! (A że okazja taka, no trudno! Znajomy Pułk Kozaków Im. Bohuna, umieścił na wspomnianym wcześniej medium, materiał o tym, iż jest to święto okupanta!).
Zaś poznany również zresztą na tej siłowni kolega, oksfordzką angielszczyzną przewagi ukraińskich dziewcząt wyliczał: że harują jak (nomen-omen ;)) konie - praca lub dwie, dom, dzieci, mąż, no i jeszcze że piękne. Fakt! Bo jak oceniła, też niczego sobie, koleżanka - Meksykanka, "average is 8" (w skali do 10). Więc drogie Panie zdają sobie panowie z Waszej wspaniałości sprawę! Możliwość okazania tego wkrótce!
Tymczasem od święta mężczyzn przeszedłem do kobiet, a to wszak temat godzien odrębnego potraktowania, ale to już w innej bajce!

sobota, 18 lutego 2012

COOL2R(w)A



Tytuł tego posta jest swoistym hołdem dla nieistniejącej już niestety o`polskiej kapeli KULTÓRWA
Ale chciałem też trochę o kulturze - tej wyższej i tej na moim poziomie potraktować...
Powodów mam multum - prowadzę zajęcia kulturze poświęcone w jednej z 'moich' szkół, lecz przede wszystkim, moje życie tutaj jest niezwykle bogate w różnorakie wydarzenia kulturalne! Po roku spędzonym w dużej części w stajni, to spora zmiana! Tak wielka, że aż dziwnie się z tym czuję! (Brakuje mi stajni! :) Na tyle dziwnie, co by przelać me wrażenia na e-papier i podzielić się nimi z Wami! :)

Przed przyjazdem na Ukrainę byłem w życiu może na trzech wieczorach poezji. 3 miesiące tutaj - wieczory poezji (5), prozy i pieśni autorskiej (1), prezentacja tomiku poezji mojego kumpla (1), przegląd zaangażowanych społecznie filmów (1), koncert (1 - ale za to jaki!) i muzeum.
Do tego dochodzą aktywności takie jak dyskusyjny klub filmowy, English speaking club (dziś odbyły się pierwsze zajęcia - pełna sala ludzi chcących rozmawiać po angielsku!).
Zdecydowanie więcej atrakcji jeszcze na mnie czeka! W Doniecku jest kilka teatrów (do jednego mam zaproszenie na jutro), opera, filharmonia, kina, cyrk (nie w namiocie, tylko w specjalnym, ogromnym budynku), oceanarium z czterema delfinami (przez godzinę oglądałem je przez okienko), obserwatorium i... Bóg wie co jeszcze! Wiem też, że możliwe jest odwiedzenie kopalni (węgla i soli), co również chcę uczynić!
Ale od początku.

W zeszłym tygodniu moja mentorka Kristina zadzwoniła do mnie z propozycją wspólnego spędzenia czasu - do wyboru: lodowisko lub wieczór literacki. Co wybrałem? Lodowisko oczywiście! 
Ale, ale! Jak to mawia moja kochana siostrzyczka "hold your horses!". 
It`s Ukraine! I zima! Zapytacie, co przeszkadza zimno lodowisku?
A jednak! Było tak zimno, że lodowisko zamknęli bo... z zimna lód popękał! Niezwykłe! I tym sposobem trafiłem na wieczór poezji, prozy, pieśni autorskiej oraz prezentacji plastycznych dzieł.
Idziemy do jednej z 'cooltowszych' donieckich miejscówek - Izby. Sala mała i ludzi pełna. 
 Pierwszy artysta czyta białe, melancholijne wiersze a w tym czasie po sali krążą jego rysunki, wykonywane techniką, która przypomina mi obrazki-mozaiki wyklejane z kawałków kolorowego papieru przez mojego pradziadka. Wyobraźcie sobie, że obrazy Matejki umiał tą techniką skopiować! (Pradziadek, nie ten gość).
Tymczasem na scenę wchodzi dziewczyna, której jeden z wierszy wrył mi się w pamięć. Może nie cały, ale fraza: "ludzie są jak papierosy". Musiała się potem z tego publice spowiadać, i wyjaśniła to tak: "jednymi cieszysz się długo, innych chcesz się pozbyć jak najszybciej". Przypomniałem sobie to zdanie dzisiaj, paląc shishę nabitą fantastyczną wiśniową melasą. Pomyślałem, że w mojej wersji powinno to brzmieć właśnie z shishą w roli głównej - którą albo palisz długo (Magda, Adam, Misiu- 8 godzinne posiedzenie w pewnej 'czarownej' słowackiej herbaciarni), albo wcale! 
Ad rem! Przed widownią zjawia się dziewczyna z gitarą by zaśpiewać własne utwory! Jeden z nich jest o wojnie. Że dziś oglądamy ją oczami przodków. Mądry tekst i piękny głos!
Po niej na scenę wskakuje przysłowiowy chłop jak dąb, którego raczej podejrzewałem o bycie kimś bliskim, którejś z artystek a tu taka niespodzianka! Wrażenie potęguje fakt, iż ubrany jest od stóp do głów w dres (na stopach adidasy), i niemal musi się schylać pod sufitem. W garści krzepko dzierży pokaźny plik kartek formatu A4 (na oko z pół ryzy), zaczyna czytać i... z wielkiego cielska wydobywa się głosik godzien polnej myszki. Zestresowany jest chłopak straszliwie! Dres musi rozpiąć choć NIE JEST GORĄCO, z czoła mu się dosłownie leje a ręce się trzęsą jak... no wiecie!
Ale jak pisze!
Wiersze są piękne! Choć moja znajomość rosyjskiego nie ogarnia wszystkiego, mimo to pozwala się zachwycić bogactwem metafor, mnogością poruszanych tematów i ich głębią.
Z wierszy wynika, iż pasją chłopaka nie jest boks, lecz taniec!
Gdy padają pytania z sali o tą jego aktywność, chłopak ożywa i zaczyna tłumaczyć niuanse tańców latynoamerykańskich.
Jednak moją faworytką, już na pierwszy rzut oka ;) jest ostatnia występująca. Właściwie już sam widok wystarczyłby- śliczna dziewczyna o kręconych, sięgających pasa włosach...
Czyta lecz także recytuje z pamięci swoje wiersze i... bajki w języku rosyjskim ale też i w pięknej (w jej wykonaniu zwłaszcza!) ukraińskiej mowie, którą w Doniecku niełatwo usłyszeć.
Dziewczę, prócz wyżej wymienionych przymiotów jeszcze tańczy, gra na instrumentach i pisze muzykę. Gdy przychodzi do pytań, już mam jedno zadać, gdy jego podmiot ożywa i do sceny podchodzi...
Okładka pierwszego tomiku poezji kumpla Vadima - pierwszego Ukraińca, z którym piłem wódkę!

I właściwie na tym chciałem zakończyć, gdyby nie wydarzenia ostatnich dni.
Zauważyłem, że ilekroć wychodzę sam z domu, coś lub ktoś, a zazwyczaj wszystko naraz, mnie spotyka!
Ostatnio padł rekord. Idąc po ciężkim treningu na kolację, zaczepiła nas Babuszka. Zapytała o godzinę. Przyznam że z jej poprawnym wskazywaniem mam jeszcze problem. Nie zrozumiała, pomogła Beata. I się zaczęło. Przez pół godziny babcia nawijała o religii, filozofii, nauce. My kiwaliśmy głowami, po czym babcia podziękowała za ROZMOWĘ, pobłogosławiła i podreptała przez śniegi w swoją stronę. 
To był początek.
Do domu wracałem mocno okrężną drogą-ciężko wytłumaczyć niuanse transportu miejskiego w Doniecku.
Wymyśliłem trasę: trolejbus - z buta - tramwaj (jak przyjedzie) i znów z buta.
Tramwaj przyjechał, lecz wcześniej na przystanku zamamrotał coś, wyglądający NIE - ZA - BARDZO, człowiek. Na wszelki wypadek odparłem, iż nie mam pieniędzy i... tak poznałem Slawika...
Slawik pieniądze miał i bardzo się oburzył. Żeby go udobruchać, kupiłem mu bilet w tramwaju. No to on mnie w zamian na piwo pod sklep zaciągnął. Pod sklepem poznałem Azera z Kaukazu i usłyszałem historię życia pani sklepikarki, która oddawała się właśnie papierosowemu nałogowi. Sklep w tym czasie zamknięty (ok. 11 wieczorem!). Gdy skończyła,  wszyscy grzecznie weszli i pozamawiali co chcieli.
Slawik jest niemal moim sąsiadem, więc szliśmy razem pijąc i gadając. Co jakiś czas przerywała nam tylko telefonami, zaniepokojona nieobecnością męża, żona. Ale jak on pięknie do niej mówił! Maja sladienka! 
Mimo, iż nieco wcięty, ustępował miejsca na wychodzonej w śniegu ścieżce wszystkim ludziom wokoło. Opowiadał o swojej pracy (jest stolarzem- w siatce niósł wyrzynarkę Boscha- kiedyś takowe sprzedawałem!), żonie, dzieciach i rodzinie. Ma polskie korzenie! 
Zresztą polskiemu premierowi też by pomógł! Odpowiedział bowiem na popularne ostatnio pytanie, "Jak żyć?" sam je uprzednio zadawszy. A odpowiedział tak: "с любовью к другим!".
Czyż nie pięknie?
Dodam, już na sam koniec, iż najbardziej popularnym przekleństwem używanym przez moich ukraińskich znajomych jest блин - naleśnik, który, w ilości hurtowej, będę już dziś dla nich wytwarzał.
A koledzy-koszykarze W OGÓLE nie faulują!
A koledzy-pakerzy chętnie asekurują i się dużo uśmiechają!
I ogólnie, żeby nie było tak cool2ralnie, jest ZAJEBIŚCIE! :)
Ja z... BOHDANEM CHMIELNICKIM - chłopiec w garniturze. Moje zajęcia z cooltury.

Muzeum Krajoznawcze Donieckiej Oblasti - Posąg i Pani, Pani i Posąg, nie wiem kto bardziej nieruchomy.
Bilet na koncert.

Bilet do muzeum.



Info o Speaking Clubie, w którym uczestniczę w charakterze ZAGRANICZNEGO GOŚCIA :)









środa, 8 lutego 2012

Po - świąteczne retrospekcje, czyli dalsza część podróży po maleńki przedmiot wielkiego pożądania :)


O przechodzeniu przez granicę, o pociągach, i o... koniach! Znowu! :)

Po zakończeniu etapu podróży Dnipro – Lwów i (również z przygodami), dotarciu do granicy obu moich krajów, oczom ukazuje się widok niespodziewany! Kilkuset osobowy tłum ciśnie się w wąskim przejściu ograniczonym z każdej strony płotem z siatki wysokim na jakieś 3-4 metry. Przejście ma ok pół kilometra, i ciągnie się między posterunkami wyznaczającymi granicę.
By jednak dotrzeć do celu, trzeba otrzymać swoją dawkę upo/dlenia/korzenia i odstać swoje.
Mimo wszystko, atmosfera niemal rodzinna. Śnieżek prószy, wiatr zacina, babuszki śpiewają kolędy... 
Nowi znajomi, poznani w marszrutce studenci medycyny i stomatologii z Lwowa, sugerują, żebym z pakietem dokumentów, zwłaszcza z biletem na pociąg z Przemyśla, udał się do pograniczników, może puszczą szybciej? Ich cofnęli...
Idę bez specjalnej wiary i nadziei.
Pograniczników jest dwóch, i jak to w kiepskich filmach gangsterskich, jeden budzi  (o ile to w zaistniałej sytuacji, w ogóle możliwe) pozytywne odczucia, drugi wręcz przeciwnie! Czyli dobry i zły glina! Niestety dobry jest też młodszy stażem, więc czekam, aż łaskawie oblicze swe zechce skierować na mnie, szanowny STARSZY STOPNIEM I STAŻEM STRAŻNIK GRANICY NASZEJ WSPANIAŁEJ RZECZYPOSPOLITEJ!
Czekam około pół godziny, za to w doborowym towarzystwie: duchownego Greko-katolickiego, Polaka – przedstawiciela jakiejś wielkiej korporacji, na którego czeka już służbowa maszyna po drugiej stronie kordonu i staruszka – Ukraińca. Łączy nas jedno- pragnienie wejścia tzw. „poza  kolejnością”.  Choć nie do końca to sformułowanie oddaje rzeczywisty obraz pieszego przejścia granicznego w Szeginii.
Wąska ścieżka, między posterunkami, przy polskiej granicy, przedzielona jest na dwie jeszcze węższe, za pomocą konstrukcji z rur. Ścieżki zamykane są bramkami, przy których stoją (teoretycznie) wspomniani wyżej strażnicy. Przy jednej z bramek tłoczą się ludzie, niczym popularne sardynki w puszce, choć mi do głowy, nie wiedzieć czemu, przychodzi porównanie, do zombie, tłoczących się przed wejściem do pubu, w którym schronili się bohaterowie pewnego filmu...



W ogóle filmowych porównań jeszcze kilka będzie...
Przy drugiej furtce, jak już rzekłem, stoimy my w czwórkę, czekając na przybycie gościa, od którego, z czego z przerażeniem zdaje sobie sprawę!, zależy czy: zdążę na pociąg, na który już mam kupiony bilet, czy nie spędze nocy w towarzystwie..., i czy wreszcie zdążę dojechać do domu na wigilię! (jest popołudnie 22 grudnia a kolejka liczy NIE WIEM ILE LUDZI i ciągnie się jakieś 150 metrów!).
Tak sobie stoimy z moimi tego stania niespodziewanymi towarzyszami, pogrążeni w swoich niewesołych myślach, od czasu narzekając na taką rzeczy organizację, i, chcąc nie chcąc, patrząc na ludzi ściśniętych między rurami pierwszej furtki- czyli w odległości wyciągniętej ręki...
Zjawia się wreszcie ten oczekiwany, każdemu coś miłego mówi, mnie na przykład uczenie poucza, o równości wszystkich ludzi, ergo, mam wejść do głównej kolejki i czekać na swą kolej i &^%$* go obchodzi, że nie przewożę niczego na handel, mam bilet itd, itp...
Iście demokratyczna i obywatelska postawa! Liberté, égalité, fraternité!
Czemu zresztą daje wyraz już za chwilę! Rzucając młodemu komendę, pt.”Dobra, wpuszczamy bydło”, staje na złączeniu rur przy głównej bramce, mając (UWAGA BO TO WAŻNY DLA AUTORA TYCH WYN(AT)URZEŃ MOMENT!) za plecami, tą przy której stoję ja!
Gramoli się na rury, płot tworzące, wyglądając jak... (już się domyślacie?) o tak: 
Nawet pozycje ma podobną – rękami bowiem wskazuje ludzi, i jednych WYBIERA do wejścia, drugim każe się cofać. Czuję, że mam niebywałą okazję obcowania z absolutem, że oto zstąpił mój święty imiennik, i dzierżąc w ręku skobel bramki, jednych zaraz do krainy wiecznej szczęśliwości wpuści, a innych (niegodnych na pewno tego zaszczytu) w otchłań precz iść każę!
 











Wrażenie psuje jedynie niewybredny język, cóż Szymon Piotr rybakiem był, nim Świętym Piotrem się stał, więc domniemywać można, choć w zasadzie nie powinno się, iż język jego od biblijnego nieco się różnił...
Ale ja tu się w teologiczne wdaję dywagację, a akcja szybko się toczy! Tłum jakimś cudem się rozsuwa, by wybranych w swe grono, w miejsce odrzuconych, przyjąć, ręka strażnika wędruje na skobel, drzwi się otwierają tłum się wlewa, ja zaś stoję pomiędzy nie bardzo wiedząc co dalej...
Ten, o którym już tu tyle pisałem, każe mi jednak obrócić się w stronę drugiej furtki – w ostatniej chwili, by zobaczyć dieduszkę Ukraińca, właśnie za sobą bramkę zamykającego i za plecami strażnika z resztą tłumu się komponującego... Mgnienie oka, jestem za nim! Drugie mgnienie to właściwie mrugnięcie, porozumiewawcze, drugiego strażnika – the good one`a! ;)
Rzeka ludzkich serc porywa mnie dalej w kierunku drzwi do posterunku... Teraz i ja ściśnięty jak...(do wyboru!), stoję przed właściwymi już drzwiami do punktu kontroli, rozpaczliwie próbując ochronić ramieniem torbę z bratowym laptopem. Na plecach zaś spoczywa wypchany po brzegi plecak, też zresztą prezent od brata!

Współtowarzysze niedoli/kolejki, bardzo mili i pomocni się okazali. Na pierwszy rzut oka właściwie mnie ocenili- „wy tu pierwszy raz?”. Pokazali drzwi dla niepełnosprawnych, lub... dla osób z dużym bagażem i polecili, bym spróbował wejść tamtędy omijając główną kolejkę. Miałem wątpliwości, bo się trochę obawiałem, że zobaczy mnie kapo (ten strażnik z pierwszej bramki, jak go sobie w myślach nazwałem) i cofnie!
Ludzie przekonali mnie jednak, mówiąc, że nawet jak mnie nie wpuszczą na posterunek, zrobią mi miejsce w kolejce. I nawet przegramolić mi się przez płot pomogli!
Tutaj właściwie następuje happy end tej kilku dziesięciogodzinnej historii, jako że na posterunek mnie wpuszczono, przez kontrolę szybko i bezproblemowo (;)) przeszedłem, musiałem jeszcze tylko przepchać się przez podobnych rozmiarów tłum już po polskiej stronie, busik do Przemyśla, tam spotkanie z porzuconymi w Dnipro koleżankami, piwo, pizza, dworzec, bieg po zagubioną torebkę z powrotem do pizzerii, i bezpośredni pociąg do Opola. Niniejszym honor PKP oddać muszę i za komfort podróży podziękować, bo mimo okresu przedświątecznego, całą drogę w pozycji horyzontalnej przejechałem dzięki czemu mogłem... Mogłem sobie śnić spokojnie co mnie za kilka godzin czeka! A czekało mnie powitanie, którego w najskrytszych marzeniach bym nie wymyślił! Ledwo do pociągu wsiadłem, odebrałem dwa telefony. Pierwszy od dowódcy – Gucia, który, gdy dowiedział się, że będę w domu o 4 rano nakazał... nie kładzenie się spać, po chwili drugi, od brata, który powtórzył to samo, wyjaśniając, że pojedziemy witać nowy dzień... do lasu KONNO! :)
I tak też było!
Wschodu słońca nad ośnieżonym lasem, ślizgających się siwków naszych, Tequili i Romea na pierwszym tego sezonu zimowym wyjściu, zapachu lasu zimą i... pogoni za stadem jeleni nigdy nie zapomnę! Dziękuje Wam bardzo! :)


Tytułowy, maleńki przedmiot wielkiego pożądania :)

Tequila

I tu też Tequila :)

Romeo

I moja ulubiona fota Romea - tutaj pod Krzyśkiem, podczas bitwy o twierdzę Koźle.

piątek, 3 lutego 2012

O KO..., nie, nie o koniach, o KO-SZYKÓWCE! :)


Napiszę o moim ulubionym (do czasu zakochania się w POLO!) sporcie, o koszykówce. Powód mam świetny, bo udało mi się wreszcie zagrać! I to z nie byle kim, bo z reprezentacją największego donieckiego uniwersytetu! :) A było tak, nasz niezawodny Andriej, zdobył skądś bilety na mecz ligowy tutejszej drużyny, (2 miejsce w lidze) z ósmym Zaporożem. Gdy przyszliśmy pod koniec pierwszej kwarty, było 29 do 8 dla naszych, którzy ten mecz...przegrali! Prezentując totalny brak zaangażowania i woli walki, za to na przeciwników, momentami aż miło było patrzeć! 

Jednak historią tego wieczoru, było poznanie (na meczu!) dwójki świeżo przybyłych (na studia) do Doniecka Polaków, Beaty i Dominika. Jako, że Polacy integrują się szybko, lub wcale, my wybraliśmy pierwszą opcję, z czego się bardzo cieszę! :) Dominik jest już wschodzącą  gwiazdą wspomnianej wyżej reprezentacji DONDu, i zabrał mnie, łaskawca, ze sobą na trening! (HURRA!) Mimo mrozu i powszechnego odwoływania wszelkich ludzkich aktywności (m. in. mojego bajek czytania!), ekipa koszykarzy zjawiła się w składzie wystarczającym do zrobienia fajnego treningu i rozegrania meczu. Są plusy niskich temperatur! Człowiek się prawie nie poci, łatwiej się oddycha no i przede wszystkim, nawet moja zaniedbana kondycja nie włączyła mi kolki! :)
Drużyna ma swoją salę, wprawdzie parkiet nie jest do końca parkietem, lecz deskami, za to kosze bardzo fajne podobnie jak piłki! Ponadto drużyna ma trenera, który kazał nam ćwiczyć, czy to rzuty z różnych miejsc, czy to zasłony. Także chyba pierwszy w życiu profesjonalny trening koszykówki! :) Pan trener w ogóle wydaje się być ciekawą osobą. Trochę już przeżył (wygląda na 60 lat), trochę po świecie pojeździł, rozmawialiśmy o polskich miastach w których był. I, przede wszystkim, pozwolił mi przychodzić na treningi, mimo iż, "техники у тебя нет" :) Dziękuje!
Zresztą mecz lepszy niż trening, przynajmniej w moim wykonaniu, choć nie obyło się bez kilku nieporozumień, ale hej! Slang sportowy innym językiem jednak jest! :)
Niestety moja pamięć do imion (z żeńskimi nieco lepiej!), woła o pomstę do nieba, więc oczywiście imion moich nowych kolegów z drużyny (ha, jak to brzmi!) nie przytoczę. A napisać chciałem, iż kryłem Chińczyka, wyższego i większego ode mnie, a gdy się cholernik wstrzelił, to nawet z moją ręką na twarzy ładował z każdej pozycji, także zza łuku... ;( Jeszcze mu pokażę! :) Miał koszulkę, oczywiście, JORDANA, ale mi się najbardziej podobały jego okulary a`la Horace Grant (a`propos ktoś jeszcze tego gościa pamięta?). O takie:
Także widzicie, lans w Doniecku to nie tylko żeńska domena! :) Żartów koniec, bo srogą lekcję mi dał, więc póki TAK gra, to niech sobie gogle nosi! :)

Ekipa trenuje trzy razy w tygodniu, poniedziałki, środy i piątki. Mam nadzieję, że w chociaż dwa z tych dni uda się popykać!
A poniżej kilka zdjęć z meczu, ale tego ligowego- profesjonalistów! :) Enjoy!

Nasi biali - właśnie się bronią, niestety nieskutecznie!


Dawid, współwolontariusz i Andrij, autor całego zamieszania.
Dawid, ja i Vytautas (z Litwy).
I już zupełnie na koniec, kilka cytatów z klasyków tej dyscypliny, i nie żeby przekonać wątpiących, że to mądra gra, tylko że po prostu zapamiętania są warte! Proszę:

“I have missed more than 9000 shots in my career. I have lost almost 300 games. On 26 occasions I have been entrusted to take the game winning shot...and missed. And I have failed over and over and over again in my life. And that is why... I succeed.”
Michael Jordan

Coś dla mnie: “You can practice shooting eight hours a day, but if your technique is wrong, then all you become is very good at shooting the wrong way. Get the fundamentals down and the level of everything you do will rise.”
Michael Jordan 

“When it's played the way is supozed to be played, basketball happens in the air; flying, floating, elevated above the floor, levitating the way oppressed peoples of this earth imagine themselves in their dreams.” 
John Edgar Wideman

wtorek, 31 stycznia 2012

Jak to Piotrek dzieciom сказки czytał...

"Czytasz bajki.... :-))
Ty chyba nie wiesz jakim jesteś szczęśliwym człowiekiem...."

Takiej treści wiadomość dostałem dziś od przyjaciela. Pozwoliłem sobie ją wkleić i zacytować w całości, bo, jak to mówią Anglosasi, "it made my day"! :)

Rzeczywiście, odkąd jestem z powrotem na Ukrainie, zacząłem czytać małym dzieciom bajki! I choć strasznie się tego bałem, bo czytam je po rosyjsku i nie tak, jak Papież, czyli zapisane fonetycznie, tylko jak Cyryl i Metody przykazali! :)
I mam wrażenie, że czytam gorzej, niż te maleńkie dzieciaki, które mnie słuchają. Ale jak one słuchają! Z otwartymi gębami, i...umysłami! Bo zdarza mi się wyraz przekręcić tragicznie, ale żadne mi nie przerywa, ani nawet się nie śmieje! Wyrozumiałe istoty! :)

(Złośliwych komentatorów uprzedzam, iż po każdym czytaniu pytam rebjate, czy chcą, żebym dalej przychodził i czytał - dotychczas odpowiedź jest jedna, chóralne DA! :))

Żeby je dodatkowo zająć, poprosiłem, by rysowali o czym jest bajka. Po dwóch czytaniach, mam już materiał na niezłą galerię! A to wszak dopiero początek! :)
Zatem poniżej próbka plastycznych umiejętności donieckich dzieciaków:


Bajka, której dotyczą rysunki, nosi tytuł "Kot - podróżnik" autorstwa Gianni`ego Rodari`ego. W ogóle świetne bajki facet pisał, bo mające 3 alternatywne zakończenia. Dzieci mogą sobie wybrać, które im się najbardziej podoba! Chociaż w mojej grupie jeden chłopiec napisał swoje własne.
Polecam je do czytania wszystkim rodzicom! :) Czytajcie! Niech cała Polska/Ukraina/Świat czyta dzieciom!

Post Scriptum:
Kiedym jechał dziś sobie marschrutką (na bajek czytanie!), mając w głowie, tuż przed wyjściem otrzymany, wyżej cytowany, mail Henrykowy i rozmyślając sobie nad nim i wszelkimi świata marnościami, przykuł moją uwagę skrawek papieru przylepiony kawałkiem szarej taśmy nad drzwiami, (wewnątrz, na zewnątrz dziś było z - 20) a na nim wydrukowany taki wiersz: 

Не зли других, и сам не злись,
Мы только гости в этом мире.
И если, что не так - смирись.
Будь поумнее - улыбнись!
Холодной думай головой,
Ведь в мире все закономерно:
Зло излученное тобой,
К тебе вернется непременно!
Мы не сказали про добро.
Добро ведь лучше нам, чем зло.
Давайте излучать добро,
Чтоб возвращалось к нам оно.
Омар Хаям.

I takie mi to ABSOLUT (i nie ten szwedzki!), bez przerwy znaki daję! (Autora tego wiersza również uwadze Waszej polecam!).

A odpowiadając Henrykowi, powiem, iż ciekawe, że własnego szczęścia często nie dostrzegamy (wszak nic tak nie cieszy jak NIEszczęście bliźniego, póki nas w... nie kopnie! :) Ja staram się być swojego świadomym możliwie najbardziej, zwłaszcza, że jest ono po części zaplanowane! :) 
Dygresję jeszcze pozwolę sobie wtrącić, iż misternie układany plan chronologiczny, wskutek przede wszystkim, zbyt rzadkiego pisania i zbyt częstego zdarzeń występowania, cierpi i kwiczy! :) 
Będzie lepiej! Obiecuję!

środa, 25 stycznia 2012

Wąż Uroboros pije коньяк


Będzie o alkoholu, tym wypitym, kupionym i niewypitym (bo rozbitym), oraz tym nie sprzedanym... Krótko mówiąc o podróżach, przygodach, przyjaźniach, kłopotach i wszelakich uszczęśliwiaczach... W tej właśnie kolejności! Zdjęć nie będzie... Czemu? Zaraz się dowiecie!
Uroboros jako amulet z greckiego papirusu z 3 wieku po Chr.
,,Moc wielkiego boga przeciw demonom, przeciw upiorom, przeciw wszelkiej chorobie i wszelkiemu cierpieniu".
Cytat i fotka z http://www.gnosis.art.pl.



Zaczęło się niewinnie, wręcz banalnie. 21 grudnia wspaniałego dla mnie 2011 roku, ze zwiniętymi manatkami pędzimy na dworzec, na drugi koniec niby molocha, bo wszak milion ludzi tu mieszka, a wcale dużym się nie wydaję. Cóż, jako że na marszrutkę się nie doczekaliśmy, łapiemy taryfę, i gazu!
Na miejscu czeka na nas niezawodna Kristina, której uczynność kosztuje mnie mały atak serca- zabiera mi z bagażnika torbę z bratowym laptopem (czego nie widzę!) i pędzi na peron, a ja w panice chcę gonić za znikającą w oddali taksą...

Wsiadamy... Czeka nas ponad dwudziestogodzinna podróż do Lwowa, stamtąd marszrutką do granicy, którą z buta, następnie busik do Przemyśla, i TLK - w moim przypadku bezpośrednio do Opola!
Mościmy się na naszych łóżeczkach, wszak "jak się pościelesz...", i staramy się ignorować gwałcącą zmysły łupankę, która wydobywa się z telefonu komórkowego gościa, którego los (skoro już w gnostycznych klimatach się obracam(y), to inaczej nie wypada mi tego sformułować!), posadził na sąsiedniej pryczy...
...pisząc tą historię mam dziwne wrażenie, że znakomita większość czytelników już ją zna... Ok, sam też opowiedziałem tu i ówdzie, temu i owemu... Ale uwierzcie, słysząc zewsząd pytania pt. "jak podróż do Lwowa" i widząc charakterystyczny uśmieszek, dziwnie się czuję! Dygresji koniec! :)

Właściciel wrzaskuna charakteryzował się urodą typową dla pewnej mniejszości, której folklor obserwować możemy na festiwalu w Ciechocinku. Jednak od przedstawicieli tejże grupy, odróżniały go intensywnie niebieskie oczy. Pierwsze wrażenie zdecydowanie negatywne! Ech te niedobre stereotypy! :)

Jak łatwo jednak drobny gest może zupełnie zmienić nastawienie i niesprawiedliwą ocenę! Tym gestem w tym przypadku był plastikowy kubeczek z zachęcająco pachnącą zawartością, podany ze słowami: "napijesz się ze mną?" PO POLSKU! I jak tu odmówić? I tak poznałem Vładymira...

Vładymir ma nosa do koniaku. Ja, robiąc zaopatrzenie przed imprezą, stałem przed półką z koniakiem dobre pół godziny, próbując pogodzić ogień z wodą, czyli ilość gwiazdek na etykiecie z ceną... 
Wyszło średnio.
A tu mi taki Vładymir w pociągu serwuje jakiegoś 3-gwiazdkowca, (którego teraz od miesiąca bez skutku szukam!), który pachnie i smakuje niczym...

Smakuje tak dobrze, że wypijany właściwie w czwórkę, szybko znika... Nam, (bo jeszcze wszystkich bohaterów nie przedstawiłem), czyli Magdzie, Oli vel Mamie Saszy i mnie, nie pozostaje nic innego, tylko odpalić nasze lekarstwo. Jakoś tak wyszło, że w pociągach tutejszych pochłaniamy wódę w wersji pieprzowej, paprykowej, miodowej lub wszystkimi naraz (tzn. w ramach jednej flaszy!). Normalnie nie do wypicia, ALE! W pociągu wszak chlać (teoretycznie) nie wolno! Dlatego sprytni Polacy ;) (dokładniej Magda) wymyślili, że poprawią smak przeboju ukraińskiej kolei, jakim jest CZAJ serwowany przez prowodników.

I tak czas mijał wespół z poziomem zanurzenia papryczki w naszej flaszce. Gdy ta sięga dna, niezawodny Vładymir (w międzyczasie nawet hałas jego telefonu jakoś przestaje przeszkadzać i wręcz przyjemny się staje!), zamawia u prowadnicy nielegalne przecież piwo! Rekord pobił wcześniej, gdy poszedł poprosić ją o puste szklanki, by było gdzie naszą wódę rozlać... i kulturalnie piliśmy ze szklanek :)
By dopełnić obrazu sytuacji, powiem jeszcze, że prócz Vładymirowego wyjca, o nasze wrażenia słuchowe dbało jeszcze jakieś 150 papużek falistych, ściśniętych w trzech skrzynkach ustawionych jedna na drugiej w przedziale służbowym prowodnicy, czyli tuż za ścianką...

Nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się w stanie... pomiędzy. Niby fajnie, ale wszak zawsze może być lepiej! Dodatkowym obciążeniem mojej delikatnej psychiki, była straszliwa świadomość spędzenia jeszcze wciąż niemal dwudziestu godzin w fajnym, bo ukraińskim, ale jednak pociągu!
Na szczęście zbliżaliśmy się do Dnipropetrowska. Szybka narada i decyzja, dajemy w магазин w celu zakupu czego? Koniaku oczywiście! Wtedy to, powodowana zapewne działaniem słynnej kobiecej intuicji, Magda, nakazała mi założenie kurtki (DZIĘKI!!!). Vładymir takiej osoby nie miał, w związku z czym, w dalszej części historii, będzie występował w bluzie.

Ja ukłucie niepokoju, lub raczej mentalny kopniak od Anioła Stróża, poczułem chwilę później, gdy wyluzowany Vlad sikał sobie za lokomotywę. Pomyślałem, cholera, co jak nie zdążymy? Jako że jestem jednak optymistą, pogoniłem wandala i szybkim krokiem udaliśmy się na POSZUKIWANIA sklepu. 
Anioł Stróż marzenie! :)
Kiedyśmy go w końcu znaleźli, ten miał kilka pięter, koniak oczywiście znajdował się na najwyższym, jak najdalej od schodów - wszechobecne znaki! ;)
Pędząc do kasy, złapał Vlad frukty - banany, i dobrze! W kasach oczywiście tłok, a ludzie w kolejkach na Vładymirowe wdzięki, odporni.
Wychodząc, wybiegając właściwie, z zakupami, już wiedzieliśmy. W tym przekonaniu utwierdził mnie jeszcze telefon od niezawodnej tego dnia (następnego zresztą też) ;) Magdy, która spytała: "Piotrek gdzie ty (...) jesteś? Pociąg jedzie!". Nie musi mówić, widzimy sami! Ruszamy pędem, ale... na przejściu między peronami, którego użyliśmy wcześniej, stoi inny pociąg, nie bardzo jest czas szukać innego, a myśl taka nawet mi wówczas do głowy nie przychodzi. Skaczemy na tory! Hmm, to że pociągi tutejsze po szerszych jeżdżą torach, mam nadzieję wiecie. Tory szersze, więc i pociągi większe, co za tym idzie perony wyższe a dworce ogromne. 
No właśnie, perony wyższe... 
Ciemno już było, że nie widać jak bardzo. Mnie peron, gdy się już pod nim znalazłem, sięgał do brody, Vładymir ode mnie ponad głowę niższy więc miał gorzej. Ale biegniemy dalej! Szybki wspin na sąsiedni peron... zostały jeszcze dwa... pociąg jedzie coraz szybciej! Skaczemy znów! Słyszę charakterystyczny dźwięk tłuczonego szkła a zaraz po nim piękne słowiańskie słowa, uznawane powszechnie za obelżywe... Wiem, że tego koniaku już się nie napiję!(CHOLERA! ;( ) Kolejny peron i tory, już blisko! 
O! Po tych, na których właśnie jesteśmy, jedzie pociąg... na nas! Jeszcze szybszy wspin i... gleba! Banany, które niosłem, lecą na wszystkie strony! Ale jesteśmy przy naszym pociągu... Niestety nie chce zwolnić i odjeżdża bez nas.
To co wylatuje z ust Vlada, powoduje, że ludzie na peronie odsuwają się dalej, część komentuje jego zachowanie, tym dostaje się bardziej. A mnie, jak to mi się czasem zdarza w sytuacjach podwyższonego ciśnienia, łapie głupawka. Ciekawie musiało to wyglądać. Dwóch...hmm, jeden się śmieje jak idiota, drugi klnie jak szewc. Wokół szkło i banany. Kiedy nam mija, idziemy na dworzec. Po drodze jakaś babuszka przypomina o porozrzucanych bananach, ja jej dziękuje i zbieram, no a Vlad jej swoje... po czym dzwoni do żony. 
Od tej chwili żona Vlada będzie już stale obecna w tej opowieści. Przez pierwszych kilkanaście godzin duchem i (głównie) głosem, a jak wiecie "Słowo ciałem się stało", więc i na koniec objawi się NIE sama, bo z... tak, tak! Dzieckiem!
Idąc w stronę dworca słyszę intensywną wymianę zdań prowadzoną  w języku ukraińskim, jednak wiele słów wówczas użytych i po naszej stronie granicy jest popularnych. Choć nie przypuściłbym, że w takim kontekście można ich użyć, np. "Ty kobyła!".
Ok, jesteśmy na dworcu, przy kasie. W niej dziewczyna, a w tym czasie Vlad wciąż wrzeszczy do telefonu плохие слова. Powiem szczerze, że ludzie naprawdę mało przekleństw tutaj używają! Byłem już kilka razy świadkiem, jak jedni drugich upominają! Naprawdę nie słychać przekleństw na każdym kroku, jak to ma miejsce w PL, niestety... 
A że Vladymir na żonę tak wrzeszczy, to wyobraźcie sobie minę tej pani w kasie i jej do nas nastawienie...
A telefon wciąż dzwoni. Bezradny Vlad rozkłada ręce pytając pani w kasie, co ja mogę kiedy ona - żona dzwoni? No to mu pokazałem najlepszy sposób na święty od telefonu spokój- wyciągnąłem baterię. Od tej pory rozmawiam już ja! Pani kieruje nas do biura obsługi pasażera, które okazuje się być zamknięte!
O dziwo! Dworcowy ochroniarz (znowu przedstawiciel tej profesji mi pomaga!), przez krótkofalówkę jakoś się z paniami łączy, i te, dosłownie, niczym Aniołki Charliego, bo nawet miny mają podobnie zacięte, maszerują we trzy przez hall dworca w naszą stronę. Szybki rzut oka na Vlada i... panie nie chcą z nim rozmawiać! Mam nieplanowany sprawdzian znajomości języka! 
Straszna afera się robi! Pani dzwoni do pociągu, który nam ujechał, gdzie nakazuje prowodnicy zabezpieczenie naszych rzeczy. Mi natomiast proponuje dwa warianty dotarcia do Lwowa. Dogonić pociągu się nie da, jest następny (droższy) za dwie, lub tańszy za osiem godzin. Da, da, droższy! Wtedy pani dzwoni do tego pociągu, który ma przyjechać dopiero. Jeszcze chwilę z matczyną troską tłumaczy co, gdzie, jak, kiedy i za ile i pyta nawet, czy pieniądze mam. Dzięki Ci Unio Europejsko! :)
Idziemy więc do bankomatu naruszyć moje czarno-godzinne oszczędności i z powrotem do pierwszej pani w kasie. Kupuje dwa bilety, jako, że Vlad zwykł nosić portfel w kurtce, a tej z kolei nie zwykł wkładać podczas zakupów koniaku na postojach pociągu.
Gdy mamy już bilety, Vlad dostrzega przydworcowy bar, i za ostatnie po kieszeniach wyszperane деньги co kupuje? 2 kubki koniaku oczywiście! :)
Pociąg przyjeżdża, pierwsze co robi skostniały z zimna Vlad, pyta prowodnicę o piwo. Ale nie z tą te numery! Wszak już zna naszą sytuację. Strasznie się na nas wydarła, żeśmy dość już wypili, SPAĆ!, ryczy. Grozi jeszcze, że jeśli jakiekolwiek kłopoty sprawiać będziemy, na następnej stacji wysadzi. Cóż robić, idziemy spać. Dziwnie się patrzą współpasażerowie, że tak bez bagażu, jedzenia, kurtki, z rozbitymi bananami i niektórymi częściami ciała... 
Jedziemy! Mamy być we Lwowie dwie godziny później, jest więc szansa, że na pociąg z Przemyśla zdąże!
Natomiast Vladymir miał nieco bardziej napięty plan dnia. Jest on bowiem tłumaczem języka włoskiego (nie wiem czy to ten koniak, ale gdy próbuje do mnie mówić po polsku, "włącza" mu się włoski, rozmawiamy więc po rosyjsku). Jechał z Doniecka, bo tam przy budowie nowego terminalu pracują Włosi z... Siemensa! I szef tej włoskiej grupy, niejaki Rocco, miał do Lwowa w południe przylecieć, Vlad zaś miał go z lotniska odebrać. Niestety my będziemy we Lwowie o 14.00. Trwają więc gorączkowe rozmowy, mam wrażenie że z połową niemal mieszkańców tego pięknego miasta. Inna rzecz to nasze bagaże jadące sobie 2 godziny przed nami. Na szczęście są tam Magda i Ola, które zresztą sporo się o nas nasłuchują od towarzyszy podróży.

Jednak głupi ma szczęście! Mnie ratują dziewczyny, które deklarują opiekę nad moimi rzeczami, a Vlada... technika! Samolot, którym Rocco miał lecieć się zepsuł i nie poleci! :) Możemy iść spokojnie spać. Mnie czeka jeszcze pobudka przed 6 rano w Winnicy, by odebrać zaproszenie niezbędne do otrzymania wizy dla koleżanek - wolontariuszek Marty i Iwony. Na dworcu ma czekać ich koordynatorka, Oxana, którą mam ujrzeć po raz pierwszy w życiu. Mówi mi przez telefon jak wygląda, wsio paniatno, lecz gdy chce wyjść z pociągu, drogę zagradza mi prowodnica, rycząc: "куда?" Moje mętne tłumaczenia nie robią na niej wrażenia, na szczęście zjawia się Oxana i opanowuje sytuację.
Jedziemy dalej. Gdy suszy mnie już tak, że wytrzymać się nie da, idę do przemiłej pani o wodę zapytać. Na szczęście jest pan! Mówi, że woda jest, po czym wyciąga spod pryczy butelkę z zawartością o lekko żółtawym odcieniu. Podaje mi ze słowami: "Wot, takaja u nas woda". Woda okazuje się być wariacją na temat naszej oranżady czerwonki i, zwłaszcza teraz, smakuje wyśmienicie! 
W międzyczasie pada Vladowi telefon. Trudno się dziwić, i tak długo wytrzymał wypluwając przez kilka godzin dźwięki w stylu umpcyk umpcyk, a przez następnych kilka przyjmując wrzaski swego właściciela. 
Daję Vladymirowi mojego smartfona, ten przekłada karty i przez następnych kilka godzin nawija.
Plan jest następujący, na dworzec przychodzi żona z kumplem Vladymira. Odbierają rzeczy jego i moje i, opcje są dwie, albo czekają na nas, albo jedziemy do Vlada. Wszystko ustalone, gdy dziewczyny w przypływie troski ogłaszają bunt i oświadczają, że moich rzeczy OBCYM ludziom nie dadzą! Ja im na to, jacy obcy, tosz to mój przyjaciel jest! :) Nic z tego! Wymyślamy szpiegowską niemal intrygę. Biedne moje koleżanki, nie dość że obarczone własnymi tobołami, dźwigać muszą jeszcze moje! Idą z nimi do przechowalni, gdzie po krótkiej kłótni z panem, oświadczają, że w Doniecku ludzie milsi! ;) Chodziło o to, by pan wydał mi plecak na numer paszportu. Nie chciał.
Moje dzielne koleżanki znajdują więc szyfrowe szafki (co wcale na dworcu w Lwowie nie jest takie łatwe!), i w jednej z nich (nr 56) umieszczonej pod kamerą ochrony, upychają moje manele. Następnie dzwoni do mnie (na numer Vlada) Mama Sasza i konspiracyjnym szeptem informuje, że dane tj. numer szafki i hasło, przesłała na MÓJ numer telefonu. W razie czego mam dzwonić. Zmieniam karty i jest!

Dojeżdżamy do Lwowa! Ten w śniegu. Widok z okna obiecuje niezapomniane wrażenia, wielka szkoda, że nie będę miał na Lwów czasu! 
Vabank, sejf i Kwinto z rosjskiego plakatu.
Dworzec, nie obarczeni niczym, właściwie wyfruwamy z pociągu, z którego dziesiątki ludzi (to ostatnia stacja) gramolą się, ma się wrażenie z całym dobytkiem! Wyfruwam tak ochoczo, że prawie zaliczam glebę na ośnieżonym peronie... Czując się niczym "SZPIEK GONZO" (pozdrawiam Benego! :) ) lub Henryk Kwinto, kierując się wskazówkami Mamy Saszy, idę szukać mojego bagażu. 
Znajduję w końcu szafkę, wybieram kod (k121). Czemu taki? Ha! Dziewczyny, chcąc mi ułatwić zadanie, wybrały literę, która w obu alfabetach wygląda tak samo, a cyfry? Bo mam je w dacie urodzenia... Kobieca logika! :)
Cel osiągnięty, mam graty, zatem idziemy szukać żony...
W głównym hallu, wśród setek ludzi, stoi z dzieckiem na podołku zaś jej blond czupryna jaśnieje niczym...
Tak właśnie jaśniała czupryna Żony Vłada w ciemnym hallu dworca
Jak przystało na dobre romansidło, są wrzaski, krzyki, rękoczyny, wyrywanie sobie dziecka. Jest i happy end - miłość zwycięża i zakochani namiętnie się w holu lwowskiego dworca całują.
Żona (zapomniałem imienia), przyniosła Vladowi kurtkę z wielkim napisem ITALIA na plecach. Vładymir łapie dziecko i wychodzi na dwór. A tam, tuż przed wejściem pracuje dźwig umieszczony na pamiętającej  chyba II Wojnę ciężarówce. Wiszą wszędzie jakieś stalowe liny, a Vlad między nimi z dzieckiem przełazi. Znów awantura do której włączają się robotnicy...
Moja marszruta do granicy już stoi. Pytamy kiedy jedzie? Za 5 minut. Vładymir przekonuje kierowce co by poczekał. Daje nam 8. Pędzimy do sklepu -> głód! Ponadto ostatnia okazja żeby obdarować ludzi w Polsce ukraińskimi papierosami. Zamawiam więc 3 buterbrody, 2 paczki fajek a Vlad domawia: "50, nie! 100 gram... koniaku i sok". Kiedy wychodzimy ze sklepu, zgadnijcie co się dzieję? Marszrutka już jedzie! 
My za nią chodu! Biegnie Vładymir trzymając w rękach dwa kubki z koniakiem, biegnę ja z wielkim plecakiem, torbą z komputerem, 3 wielkimi bagietkami, dwiema paczkami papierosów i kubkiem soku (swoją drogą jak można koniak sokiem zapijać?!), za nami biegnie Żona na szpilkach z dzieckiem na rękach, a to wszystko po oblodzonych kocich łbach...
Tym razem nam się udaje! Vlad wypada przed maszynę i rozpostartymi ramionami ją zatrzymuje. Szybki stuk plastikowymi kubeczkami, ścisk i przez tylne drzwi wpadam (dosłownie!) do środka, rozlewając nieco cennej zawartości. Twarze ludzi w środku - bezcenne!
Wąż Uroboros pożarł swój ogon, my połknęliśmy koniak.
I tak poznałem Vładymira...

P.S.  
Vładymir wyposażył mnie jeszcze w prezent na drogę, który aż do domu dowiozłem dając sporo radości sobie i bliźnim.
O ile podróż do granicy była jeszcze miła i przyjemna, bo, nie licząc zgubionej rękawicy, poznałem fajną ekipę polskich studentów medycyny z Lwowa, oraz koleżankę mej koleżanki z Doniecka (uff :), to samo przejście graniczne o pomstę do nieba woła! Ludzi wszystkich traktuje się równo - niczym bydło. Więcej opisywał tego nie będę, bo zepsuje mi ten epizod pozytywny wydźwięk tego posta...











niedziela, 22 stycznia 2012

С НОВЫМ ГОДОМ!!!

Sporo śniegu nasypało, odkąd ostatnio coś naskrobałem. Ale ponieważ postanowiłem, że z Ukrainy będę nadawał, w pierwszym dniu, w którym się w Doniecku znalazł, do pisania siadam! Ponieważ i data się w międzyczasie zmieniła, w związku z czym, za pośrednictwem tych wspaniałych chłopaków, wszystkim wiernym i wiernym mniej wielbiciel(k)om (ech, jak to brzmi!) i обычным czytacz(k)om mojej grafomanii, wszelakich pomyślności życzę! :)

A szersze, kolejnych mych przypadków, opisanie w NAJBLIŻSZYM CZASIE nastąpi! Cierpliwości! Warto! ;)