niedziela, 14 października 2012

W drodze, znów! Czyli koniaku (tym razem bez koniaku) część wtóra.

Obrazek, który nie ma nic wspólnego z poniższą treścią, no może częściowo wyjaśnia co mi we łbie gra (choć ci co mnie znają, mogą mieć wątpliwości ;)) ! Zapożyczony z: http://mygrandtour.pl/ Polecam!


Wiele wody w Kalmiusie i Dnieprze upłynęło odkąd po raz ostatni bazgrałem coś tutaj
a
przyczyn tego stanu rzeczy, masa! Sporo się przez ten czas zdarzyło, o części być może kiedyś tu napiszę (gdy już uporam się z napisaniem kilku zaległych wspomnień) lecz większość sobie zatrzymam!

Znów jestem w drodze, kolejny już raz przemierzam trasę Opole – Donieck. Zamykając drzwi domu otwierasz inne, swoje wewnętrzne. Drzwiami przygody bym to nazwał. Bo jakoś tak już jest, że integralną częścią bycia w drodze, jest przygoda! I chyba o to tu chodzi i po to podróżujemy? Uzależnienie od nieznanego.
Późna, jesienna pora do refleksji widzę, że mnie skłania...

Mój efekt motyla to 45 minut zabrane mi przez PKP, właściwie TLK... Właśnie o tyle spóźniony wysiadam w Przemyślu, ale po kolei (sic!).
Idąc w stronę dworca autobusowego myślę nad alternatywą dla pieszego przechodzenia przez granicę. I... znajduję! Właściwie to alternatywa, w postaci rezolutnej pani – naganiaczki, znajduje mnie. Autobus pod szyldem East West Eurolines na trasie Lwów – Przemyśl
i z powrotem. Słyszałem już o tym połączeniu, nigdy nie udało mi się z(a)łapać. Teraz mam okazję! Za 25 PLN (lub 70 hrywien) mam w ciągu ok. 3 godzin dostać się do Lwowa i, co dla mnie najważniejsze, granicę pokonać w pozycji mniej lub bardziej (było bardziej) horyzontalnej. Tyle teorii.  A z praktyką, lub w tym konkretnym przypadku z techniką, bywa różnie.
Bo najpierw ruszyć trzeba a z tym okazuję się być problem...
Na kilku(nasto)krotne próby odpalenia, stareńki Mercedes nie reaguje. Podobnież jego ukraiński kierowca, który na pytanie, co się stało, odpowiada przepiękną polszczyzną: „akumulator pie...ł” i siedzi sobie spokojnie za kółkiem dalej. Tak! Już czuję dokąd wracam!
Do zapowiedzianej godziny odjazdu jeszcze czas, więc staram się nie denerwować, a na nerwy najlepsza książka!
Nagle pada nie usłyszana przeze mnie z tyłu autobusu komenda, i wszyscy pasażyry pędem się z niego ewakuują, (to ja też!) i dalej... pchać autobus!
Jako że na tym wczesnym etapie podróży jest nas ledwie kilkanaście osób (a autobus z gatunku międzynarodowych sprzed 20 paru lat) z czego ledwie kilka stanowi płeć brzydka, odpalić drania się nam nie udaję. Wracamy pędem do środka (bo leje!) i siedzimy czekając Bóg wie na co? (Ciekawe, ileż jeszcze razy, pisząc tego bloga użyje tej frazy?).
Lecz oto pani, która mnie w to miejsce ściągnęła, energicznie macha przez okno i coś tam krzyczy. Jej wysiłki skutkują tym, iż do naszego autobusu podjeżdża drugi, tych samych linii, po czym obie ekipy wspólnymi siłami odpalają nasz autobus... metodą na kabel!
Możemy jechać!

Bez dalszych przygód docieram do Lwowa. Idę na dworzec autobusowy, patrzę na rozkład jazdy i... czuję na twarzy podmuch skrzydeł mojego motyla... 45 minut temu odjechał pociąg do Doniecka, następny nazajutrz. Cóż, kupuje bilet i dzwonie do (jeszcze nie wówczas)  przyjaciela – Asi, nowej wolontariuszki, w starej, dobrej, znajomej lwowskiej organizacji.
Tłumaczy mi jak dojechać, nie dowierzam a jednak! Trafiam do mieszkania, w którym byłem pół roku wcześniej. Tylko mieszkańcy się zmienili. W miejsce Gosi, Karoliny i Michała są Asia, Alisa i Ferdie. Troje ludzi i 7 języków w użyciu, o czym informuje mnie Alisa. Nieźle, prawda?
I tak: z Asią rozmawiam po polsku, z Alisą po rosyjsku i/lub angielsku, a z Ferdiem... z Ferdiem jest problem. :)
Asia jest z Polski, skończyła filologię ukraińską, więc mówi w tym języku świetnie. Ponadto po angielsku, rozumie też rosyjski choć mówić nie chce bo ją wkurza że się w Ukrainie mówi po rosyjsku (to się w Doniecku, o ile przyjedzie, wkurzy dopiero! ;)) .
Alisa – jest z Niemiec choć urodziła się we Lwowie w rosyjskojęzycznej rodzinie. Mówi więc po rosyjsku, niemiecku, angielsku oraz (na całe szczęście!) trochę po francusku! Bo... Ferdie jest z Francji, choć z tureckiej rodziny. Niestety tureckiego nikt prócz niego tu nie zna, a on niestety zna angielski na poziomie... hmmm, nie zawsze wystarczającym.
Istna wieża Babel!
Mimo to, o dziwo, wszyscy się ze sobą naprawdę dobrze komunikują, choć zabiera to sporo czasu. Zwłaszcza wtedy, gdy Asia perswaduje Ferdiemu korzyści płynące z utrzymywania kuchni i zastawy w czystości, czego ten (podwójnie) pojąć nie potrafi, lub, co bardziej prawdopodobne UDAJE, że nie wie o co chodzi. Jak by nie było, słuchać tych rozmów to prawdziwa uczta dla ucha! :)
Z tą wesołą kompanią spędzam NIESTETY tylko jeden wieczór, noc i pół dnia następnego. Rano odwiedzam organizację goszczącą moich gospodarzy (sic!) i dalej włóczyć się!
Ponieważ czasu mam mało, tym razem włóczę się planowo! Czyli najpierw rynek i ratusz, gdzie postanawiam odnaleźć (za poprzedniej bytności we Lwowie mi się nie udało – mea culpa! Albo raczej culpa małej, w owym czasie przebojowości mej!) informację turystyczną celem zdobycia map darmowych! ;)
A we Lwowie wygląda to tak, że na miejscu oznaczonym jako IT wisi kartka, że jej tam nie ma, tylko jest z tyłu. Co można interpretować różnie, ja np. poszedłem na dziedziniec, potem w korytarz z drugiej strony, aż w końcu bezczelnie (bo po rosyjsku) zapytałem gdzie jest! I udało się! Jest ci ona! Po drugiej stronie ratusza! 
Taaadam! Mogę ruszać dalej. Plan na dziś to arsenał i pałac Potockich.
W arsenale szukam oczywiście poloników – nie interesują mnie licznie zgromadzone narzędzia mordu rodem z czarnego lądu czy nawet (o zgrozo!) kraju kwitnącej wiśni.
Na szczęście (lub niestety) „naszego” oręża sporo. Kilka wspaniałych szabel, w tym piękna czarna szabla husarska. Duża ilość pistoletów i husarskich zbroi. Lecz przede wszystkim podziwiam oryginalne lance francuskie wz. 1913, używane przez polską kawalerię! Tuż przed wyjazdem pewnej pięknej nocy repliką tejże namiętnie wywijałem! :)
Z arsenału idę do pałacu Potockich. Oglądam go sobie z zewnątrz i wchodzę również do środka. Zwiedzanie sprytnie przemyślane – za każde piętro płaci się oddzielnie, przy czym im wyżej tym, a co! Drożej!
Z pałacem tym wiąże się ciekawa a mało myślę znana historia: 22 listopada 1919 r. Pilot Eskadry Kościuszkowskiej Edmund Graves podczas wykonywania akrobacji nad miastem stracił część górnego płata swojego samolotu i uderzył w dach pałacu. Pilot zginął a pałac spłonął. Odbudowany został po trzech latach, zaś nieszczęsny pilot spoczął na Cmentarzu Obrońców Lwowa. Możemy tam dziś znów podziwiać piękny pomnik wystawiony na cześć tych amerykańskich lotników, którzy zginęli w wojnie z bolszewikami.



Ponieważ ostatnimi czasy w pałacach, (zwłaszcza jednym) bywam często oraz że czas mnie goni, na podziwianie byłej rezydencji Potockich nie mogę już sobie pozwolić. O samolotach było, więc niech będzie, że lecę ;), pod operę spotkać się i pożegnać z nowymi znajomymi. Idziemy razem na obiad, który ja dosłownie połykam i opuszczam wesołą kompanię by dotrzeć wreszcie do Doniecka.
Ostatni (energiczny) spacer przez urocze lwowskie uliczki na przystanek tramwajowy. Gdy właściwy przyjeżdża, kupuję bilet i rozsiadam się o ile to możliwe mając wielki i ciężki plecak na plecach. I w ten sposób o mały włos zapłaciłbym mandat! Albowiem w większości miast Ukrainy (ok, w tych w których byłem! :)) w środkach transportu publicznego kasowników albo nie ma wcale, albo ich funkcję pełni wykwalifikowany personel – konduktor, częściej konduktorka. A we Lwowie kasowniki są! W dodatku  małe i nie rzucające się w oczy. Dopiero po przejechaniu dobrych kilku przystanków zauważyłem ludzi „coś tam przy czymś majstrujących” i drogą dedukcji doszedłem! :) A chwilę później świetnie zakonspirowana babcia – kanarka sprawdzała mój bilet.

Docieram na dworzec, kupuję wałówkę i na peron.
Pociąg stoi, gdzieniegdzie ludzie już wsiadają, ale drzwi mojego wagonu zamknięte. W oknie widzę Panią Prowodnicę robiącą się na bóstwo...

I tak sobie czekam a wraz ze mną jeszcze dwie babuszki. Wtem dostaję smsa ze smutnymi wieściami o stanie zdrowia pewnego rumaka... Zajęty czytaniem nie słyszę rozmowy toczonej przy właśnie otwartych drzwiach. Szybko zostaję uświadomiony. Babcie podchodzą i wręcz wpychają mnie pierwszego do wagonu. Na moje protesty, że panie pierwsze, odpowiadają, że PROWODNICA NIE PUSZCZA! To nic, że panie są starsze, dźwigają ogromne bagaże... MUŻSZINA PIERWYJ bo przecież nie po to się malowała!   
Nie mam wyjścia! Idę na swoje miejsce, wije sobie gniazdo na następne 24 godziny życia
i czekam na odjazd. Już myślę, że będę jechał sam, kiedy tuż przed odjazdem dosiada się dwóch żołnierzy. Zapowiada się zatem wesoła podróż!
Danił i Sasza mają po 19 lat i właśnie odsłużyli rok w wojsku. Wracają do domu. Dembiela. Demobilizacja. Sasza był w desancie a Danił się nie pochwalił a ja nie pytałem. Przynieśli
z sobą gitarę i... dużo piwa. Na gitarze gra Sasza (Aleksander) ale nie pije (i nie pali!) pijemy więc z Daniłem a pali już sobie sam (co chwilę!).  Jak się pewnie domyślacie, dzięki tym dwóm chłopakom te 24 godziny (też jadą do Doniecka!) mijają naprawdę szybko (o ile to możliwe!) i miło.
Opowiadają swoje wrażenia z armii, kim byli przed, kim czują że są teraz, jaka jest dzisiejsza armia ukraińska, ile dostawali żołdu, dokąd wracają, ile i jakie mają rodzeństwo etc.
Na ten przykład Danił ma ksywkę Moskal. Dlaczego? Zaraz po przybyciu do swej jednostki (gdzieś pod Lwowem) oświadczył, że nie zamierza mówić po ukraińsku, bo jego rodzina jest
z dziada pradziada ruska i on też będzie mówił tylko w tym języku! Był za to przez jednych gnojony, przez innych szanowany. A buźkę ma anielsko – dziecięcą, do tego stopnia, że wspomniana wcześniej Prowodnica, przechodząc za każdym razem matczynym gestem głaszcze go po głowie.
Sasza natomiast do armii trafił nieomal prosto... ze szkoły biblijnej! Najpierw był w batalionie remontowym. Ale on od dziecka chciał być desantnikiem. Nie mając nikogo znajomego, ani pieniędzy by dostać się tam gdzie chciał, napisał list do ministra obrony i... dużo się modlił! Wiara czyni cuda! Przenieśli go. Tyle tylko, że nie do jednostki w rejonie Donbasu a pod Lwów. Przez rok nie widział nikogo bliskiego.
To on gra na gitarze. I śpiewa. I stroi swą gitarę co chwila. Ja jako muzyczny konsument stwierdzam, iż robi to wszystko fantastycznie! Prócz tego sam pisze piosenki i muzykę do nich. Także po angielsku, którego... nie zna! Prosi mnie bym mu błędy wytknął! Ale jak tu błędy wytykać, kiedy łzy do oczu napływają! Zresztą jakie q... błędy!?
Kiedy nie śpiewają puszczają żołnierskie piosenki z telefonu a w tym czasię zajmują się polerowaniem złoconych klamer swoich pasów.
I tak jedziemy rozmawiając, śpiewająć (też próbuję!), jedząc (ze stolika w pojeździe zrobił się szwedzki – każdy nań wrzucił co miał!) i pijąc... co kto ma! :)
Nie wiedzieć kiedy dojechaliśmy do... Dnipropietrowska!
Pociąg staje, Pani Prowodnica oświadcza: „Postój 20 minut!” (Skądś to znamy?) na co Sasza wstaje i wybiega po... sok! Coś mnie w tej chwili „tyka”, ale nie wierzę przecież w zbiegi okoliczności więc staram się uspokoić i skupić na lekturze (w przerwach między... tym co powyższe, Łysiaka czytałem J). Po upływie... kilku stron, pociąg rusza! Patrzymy z Daniłem na siebie i w tej samej chwili rzucamy się w stronę przedziału prowodnicy z wrzaskiem m.w. „Pareń na peronie ostałsja!”
Zgubne skótki picia wódki – bo Sasza pociąg dogonił! Do ostatniego wagonu wskoczył i po chwili z triumfującym uśmiechem na szczerej, słowiańskiej gębie, dołączył do nas dzierżąc
w łapie butelkę soku pomarańczowego!
Sasza i Danił





Sasza i ja.

Post Scriptum
Przed samym Donieckiem ten sam Sasza sprawił, że gdybym nie siedział, padłbym pewnikiem – z wrażenia!   
Dzwoni do kogoś i mówi: „Nie pamiętasz mnie, właśnie wracam z armii, byłem tam rok. Wcześniej uczyliśmy się razem w szkole biblijnej. Miałeś takie fajne okulary. Sprzedałeś mi je, tylko ja ci za nie nie zapłaciłem (;)). Cały rok o tym myślałem i nie mogłem zapomnieć. Wiozę ci teraz pieniądze i przepraszam”.
Tamten pieniędzy nie chce widzieć (200 hrywien), chce natomiast widzieć Saszę – nie dziwię się!
Słuchając tej rozmowy (wiem, że nieładnie, ale od pierwszego zdania nie mogłem się powstrzymać!), dowiedziałem się, że w języku rosyjskim też funkcjonuje powiedzenie „kamień z serca”, tylko trochę inaczej „kamień z duszy”...
Ładnie, prawda?  







   

poniedziałek, 21 maja 2012

Odyseja Part Two - крымские путешествия

Mapa Ukrainy z trasą naszej tułaczki.

Odessa po raz drugi. Trochę z konieczności. Docelowo chcemy wszak na Krym! Problem w tym, że w początku maja chce tam jechać niemal każdy, więc zdobycie biletów graniczy z cudem. Teoretycznie istnieje system internetowej rezerwacji miejsc, gdzie płacić można za pomocą karty, jednak najwyraźniej kart nieukraińskich nie obsługuje - próbowałem z trzema różnymi. W ogóle ukraińskie koleje obcokrajowców (albo raczej ich karty płatnicze!) wyraźnie dyskryminują - w kasie bowiem usłyszałem: "платность карточком только для граждан Украины"... Skończyło się tak, że dostępne w internecie bilety (ostatnie dwa) chwilę później (tyle, ile zajmuje dojechanie od nas do centrum miasta - czyli jakie pół h.) w momencie kupowania jeszcze były, lecz gdy pani kasjerka drukować je poczęła, okazało się iż tylko jeden ostał się. Mój towarzysz podróży wykazał się solidarnością i ostatniego biletu, mimo pokus, nie kupił. 
I dzięki takim zrządzeniom Opatrzności, z wielu wariantów, wybieramy ten, "by na Krym jechać via Odessa, bo to wszak już nie tak daleko i NA PEWNO jakiś transport z Odessy znajdziemy, a jak nie to stopem!" Ekhm... Życie na szczęście najlepsze nawet plany zmienia i komplikuje, a nasz do nich z pewnością nie należał. Z tej podróży taką wywożę (nomen-omen) naukę, że, mimo ograniczonej przestrzeni, fajnie się jedzie na bocznych kojach - a to dlatego, że leży się wzdłuż - zgodnie z kierunkiem jazdy i pociąg kołysze do rytmu :).

Odessa Mama, lub Miasto Geroj, jak kto woli (ja zdecydowanie to pierwsze!). Pierwsze kroki kierujemy do kas biletowych gdzie czeka nas poniekąd spodziewany zawód - biletów na Krym brak! Mam wrażenie, że niemal cała kolejka stoi w tym samym celu... Idziemy na dworzec autobusowy. 
Okazuje się, że jest autobus na Krym, tylko, nie wiedzieć czemu, pani biletów nie chce sprzedać... Zdesperowani pytamy (wydawało nam się, że kierowcy) pana, który jednak okazuje się być pracownikiem (i to takim wyżej postawionym niż panie w kasie) dworca. Pytaliśmy, czy da się dojechać jadąc busikami od miasta do miasta. Niespodziewanie dla nas, facet okazuje się być aż podejrzanie miłym i uczynnym. Zabiera nas do swojego biura, do kasjerek dzwoni z POLECENIEM, żeby nam bilety sprzedały, a nam objaśnia drogę i przekonuje nas, że stop to zły pomysł. Idziemy kupić bilety, idzie z nami. Mamy je wreszcie, dwa pierwsze zresztą. Jedyny z nimi problem jest taki, że są na ranek dnia następnego. Myślimy o noclegu a`la bonż, ale nasz niezawodny Pan z dworca, przekonuję, że musory  nam tak pospać nie dadzą i podaje namiar taniego (względnie) noclegu.
Idziemy zatem. Miejsce znajduje się bardzo blisko, po drugiej stronie skweru, w zaadoptowanej na potrzeby hotelu byłej zajezdni tramwajowej. Bierzemy najtańszy numer (aż mnie korci, by dodać przyrostek -ek ;)), otwieramy drzwi i... oczom moim ukazuje się wnętrze, w którym powinien mieszkać królik wraz z wszystkimi znajomymi i krewnymi swemi. Przynajmniej prysznic był i toaleta w stylu high-tec, za to okna нет.

A m.w. tak dawno temu mały Piotruś wyobrażał sobie króliczą norkę- do czasu!

O taka!



















I karaluchów nie było, przynajmniej nie zauważyliśmy. 
Przymusowy, ale dzień w Odessie! :) Łapiemy za przewodnik i idziemy zwiedzać. 
Ostatnim razem byłem tu w listopadzie. Donieckiem wówczas rządziła już Pani Zima, w Odessie zaś wciąż na wszechobecnych cyprysach zieleniły się liście. W maju liście też się zielenią (już pewnie nowe) tylko bardziej. I słońce grzeje i razi straszliwie. I ta morska bryza, którą uwielbiam!
Po drodze (do morza) wchodzimy do wszystkich mijanych cerkwi (nie do wszystkich nas wpuszczają- krótkie spodnie i KLAPKI!), natomiast w jednej z nich, trafiamy akurat na służbę, i indywidualne błogosławieństwo - trwa wszak okres wielkanocny! Mijamy też synagogę, ale widok dwóch basiorów (w ludzkiej wersji) przed wejściem, jakoś nas do wejścia zniechęca. Fajny jest za to kiosk z koszernym fast-foodem przed wejściem, niestety zamknięty.
I tak sobie chodzimy. Siadamy przy TYCH schodach, oglądamy ludzi, słuchamy muzyki i śpiewów ulicznych grajków, słowem sielanka! Bierzemy przykład z Marka Twaina, siadamy, obserwujemy ludzi i jemy lody. I gdy tak sobie siedzimy, bulwarem przejeżdża sobie na pięknym, karym rumaku (który nie wiedzieć po co, ma to coś, co nie wiem jak się nazywa na uszach - białe i wyglądające jak na drutach zdielane), dziewczyna urody raczej średniej, bez toczka czy kasku za to w sandałkach i krótkich spodenkach. :) Ale czegóż wymagać w kraju, w którym na potężnym chopperze jedzie sobie pan bez kasku, a to dlatego żeby mógł rozmawiać przez telefon - trzymając go w dłoni i przy uchu oczywiście!
I właściwie tyle tym razem z Odessy - było jeszcze brodzenie w morzu i długi powrót do naszej króliczej nory inną cyprysową aleją.
Bardzo wcześnie, bo o 5 rano rozpoczynamy kolejny dzień. Dzień dobrze rozpocząć od śniadania. Jako że wszystko cośmy mieli, zjedzone (nie licząc "nietykalnych" kanapek na drogę), postanawiamy przetestować przydworcowego fastfooda. I przeżywamy swoisty konflikt poznawczy. Bo z jednej strony (za szybą budki) przemiły młody człowiek, który streszcza nam swe życie i zdradza plany na przyszłość, a z drugiej (w naszych dłoniach) paskudne kebabo-podobne zawiniątko z najwyraźniej zjełczałym mięsem w środku. Widząc i smakując to cudo a mając świadomość jeszcze długiej (choć aż tak długiej w świadomości nie mieliśmy) nie wahamy się długo i połykamy po kilka kapsułek z polskim węglem w środku - czym bardzo zaintrygowaliśmy pana w budce.
Kanapek nie udało nam się skończyć... Zostawiliśmy psom na pożarcie.

Wsiadamy do autobusu, i jak w najlepszych koszmarach, początek jest sielski i nudny.
Jedziemy na główny dworzec autobusowy, gdzie zaczynają się pierwsze problemy. Okazuje się bowiem, iż na nasz autobus sprzedano więcej biletów niż jest miejsc. Cała afera trwa ok. godziny, więc wyjeżdżamy mocno opóźnieni, bez kilku niedoszłych pasażerów. Zdecydowanie opisu wymagają dwaj panowie - kierowca i jego kolega, pomocnik, drugi kierowca - (choć przez te 13 godzin ani razu za kółko nie usiadł!). A że siedzimy w pierwszym rzędzie tuż za nimi, doznania od nich płynące dla wszystkich niemal zmysłów (wzroku, słuchu i zapachu) mamy znakomite! Panowie wyglądają dość 'zakapiorowato', rozmawiają ze sobą  (nad)używając słowa na Б i bynajmniej nie jest to osławiony "naleśnik". No i palą. Palą w równych 15-20 minutowych odstępach nie tracąc czasu na zbędne (ich zdaniem) zatrzymywanie autobusu. Wdychamy więc niebiański aromat takich oto fajek:
Zdjęcie ze strony: http://www.nieznanaukraina.pl/en/1972/ukrainskie-papierosy/
Jedziemy dalej. Przez Mikolajew, Chersoń, Novą Khahovkę, Armiansk i... Bóg wie co jeszcze!
Jak to napisał imć Sapkowski "kręcimy się niczym gówno w przeręblu".
W każdym z tych wymienionych (i kilku nie wymienionych) miejsc zatrzymujemy się na pół (lub więcej) godziny i w każdym właściwie sytuacja z biletami się powtarza.*

Nie przeszkadza to jednak naszym dwóm zakapiorom. Prócz wszystkich na pniu przecież wyprzedanych biletów, upychają po drodze niemal drugie tyle pasażerów, tyle że już na stojąco. Jak w marszrutce,  różnica taka, że droga dłuższa. Za to nic (jak w przypadku pociągów, gdzie wzdłuż torów sowieckie władze zieleni nasadziły, co by lud żył tam, gdzie mu żyć przyszło) widoków nie przysłania. Ja sycę oczy widokiem niezliczonych Leninów, soldatów i innych kosmonautów ze spiżu i/lub kamienia. Dawid natomiast kontempluje działanie i wykonanie konstrukcji rodem z Marsa. Wyobraźcie sobie na polu poustawiane na długości +/- 1 km rusztowanie na kołach, poruszające się po okręgu i wodą wokół sikające. Wygląda to tak, że w miejscach po których to coś (Dawid wyjaśnił) deszczownią się nazywające, przejedzie, jest zielono, a poza granicą kręgu, nie. 

Jak kto ciekawy o deszczowniach poczytać: http://lukomet.eu/karta.php?id=294&lang=pl
Mnie jeszcze po drodze za serducho chwyta nostalgia za kurzącą się w Adamowym garażu Haną. Nostalgię i zazdrość wywołuję wyprzedzający nas i pędzący gdzieś w dal i w Krym, samotny jeździec na wielkim motocyklu. Z tego miejsca POZDRAWIAM EKIPĘ GRUDZICE RIDERS! Do sierpnia! :)
Po 13 h jazdy, późnym wieczorem docieramy wreszcie do miejsca docelowego - Symferopola. Musimy się dostać jeszcze tylko do Sewastopola, który na następne trzy dni staje się naszą bazą wypadową do innych miejsc w Krymie.
Teraz stanowimy już pięcioosobową ekipę, dołączamy do przybyłych kilka godzin wcześniej znajomych z Doniecka Margarity, Leny i Żeni.
Ostatnia tego dnia podróż marshrutką przez... zatokę! Tak po Sewastopolu kursują moje ulubione (jak dotąd) marshrutki wodne! I bynajmniej nie płyną tylko przez zatokę! Do odległego o kilka kilometrów Inkermanu też tym sposobem (i na jednym bilecie) dotarliśmy.
A bilet wygląda tak:  

W Inkermanie, prócz słynnej w Ukrainie winnicy, znajduje się też wykuty w skale klasztor, kamieniołom i... świetna jadłodajnia (dosłownie 'dajnia' bo za 3-daniowy obiad płacimy po 20 hrywien!) na lokalnym targowisku.
Są też ciekawe plakaty na murach pamiętające jeszcze lepsze czasy:

Poza tym, nic nie ma...

Następnego dnia jedziemy do Balaklavy. Z powstaniem miasta i jego nazwą wiąże się legenda, o znalezionej przez Turków podwodnej jaskini, którą wykorzystali i zmodernizowali dla swych niecnych celów Sowieci, tworząc bazę remontową dla okrętów podwodnych. Z tego też powodu, wg relacji moich ukraińskich znajomych, do końca XX wieku, miasto było zamkniętą bazą wojskową.

Tunel remontowy.

Sowiecka wersja naszego "milczenie jest złotem".




















Więcej zdjęć bazy (już nie mojego autorstwa) znajdziecie tutaj: http://obiezyswiat.org/index.php?gallery=5306.

Z Balaklawą wiążą mnie dość ambiwalentne uczucia. Po raz pierwszy zobaczyłem tam delfiny na wolności i po raz pierwszy dostałem też udaru słonecznego...
Balaklava

Delfinie dziecię - tuż przy nabrzeżu!

I tu też! :)

W naszej pięcioosobowej paczce odwiedziliśmy też Bachczysaraj, a właściwie tylko Pałac Chanów, po czym wróciliśmy do Sewastopola, który też zwiedziliśmy korzystając zarówno z przetartych przez innych turystów ścieżek, jak i korzystając z usług najlepszych przewodników - młodocianych łobuziaków! Otóż gdy zabłądziliśmy między garażami szukając skrótu, dzieciaki pokazały nam przejście po gzymsie nad... położoną kilka metrów niżej drogą! Dzięki łobuzy! :)
Ponadto takie perły znaleźliśmy:


Moja ulubiona, kiedykolwiek widziana tablica! Młodzi komuniści z 1995 roku pozdrawiają swoich następców z roku... 2017!
Sewastopolski street art.
Sewastopol zdecydowanie jest miastem godnym odwiedzenia! Obok siebie powiewają flagi ukraińskie i rosyjskie. Tych drugich chyba nawet więcej! Mają tutaj siedzibę ministerstwa... Federacji Rosyjskiej i, jak wiadomo, w tutejszych portach przycumowane czekają na rozkaz jednostki Floty Czarnomorskiej. Że nie tylko czekają, mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy, gdy jedna z nich pruła gładkie morze płynąc w dal.
Po mieście maszerują marynarze obu armii i rzesze turystów. Jest ładnie i czysto! Mimo obecności wielkiego portu, nawet woda w zatoce jest przejrzysta, ludzie się kąpią a inni łowią ryby.  Do tego wiele muzeów, pomników i zabytków. Wiele by pisać, warto tam pojechać i zobaczyć na własne oczy! 
Z Sewastopola udajemy się jeszcze do jego dzielnicy - Chersonezu. Gdzie w otoczeniu zabytkowych ruin, ludzie smażą się na plaży lub zażywają kąpieli, w oddali zaś pływają delfiny. Można by rzec, raj na ziemi!
Jednak w tym raju zostać dłużej nie chcemy! Gna nas do Tatarów. Rdzennych mieszkańców tych ziem, którzy po latach wygnania, powrócili na Krym. Wracamy do Bachczysaraju tym razem na dłużej.
Ale o tym następnym razem!



* Poglądowa mapka całej odysei u góry tego posta.





























poniedziałek, 14 maja 2012

Ukraińska Odyseja - czyli tam i z powrotem (with gypsy feet) Cz. I Lwów.

Frontalny atak lata, zwany tutaj wiosną, spowodował, że większość ponad dwutygodniowej tułaczki spędziłem w klapkach zaś przewidziane na ten wyjazd (i różne jego aspekty) wojskowe Kupczaki przywiązałem do plecaka trenując w ten sposób zmysł równowagi. Buciory bowiem działały niczym metronom, kiwając się odwrotnie do kroków ich właściciela. A w klapkach, jak to w klapkach, więc i tytuł niczym z Hobbita! :)

Z Doniecka pojechaliśmy do Kijowa, a dokładniej pod Kijów. Cztery dni spędzone w miłych okolicznościach przyrody (Ukraińskie Selo- rekonstrukcja tradycyjnej wsi, działająca również jako hotel), w gronie starych i nowych znajomych. Do tego jeszcze dzień i wieczór spędzony w samej Stolicy i spotkanie z ludźmi, którym zawdzięczam to, że jeszcze tu jestem! :) (O Was i o całej tej aferze więcej napisze!) Podsumowując - wspaniały, inspirujący i motywujący trening Mid - Term, z którego jeszcze jedną naukę na przyszłość wywożę. Jak imprezować, to tylko z trenerami! :)

Powyższe, tytułem wstępu. Tymczasem przepisze, com 3 Maja, siedząc na Mickiewiczowskiej skale w Bachczysaraju, na kolanie bazgrał:

Donieck - Kijów (Ukraińskie Selo) - Lwów - Odessa - Symferopol - Sewastopol - Bachczysaraj - Sewastopol - Inkerman - Balaklava - Chersonez - Bachczysaraj - Donieck.

Jak widać na powyższym zestawieniu dwa poprzednie tygodnie minęły intensywnie, w wielu środkach transportu, a te, jak wiecie z poprzednich moich wynaturzeń ZAWSZE dostarczają wielu emocji i znajomości! Ale po kolei.

врач - ledwo wsiedliśmy w pociąg do Kijowa, zaczepił nas towarzysz podróży - lekarz chirurg z Doniecka. Być może znajomość przerodzi się w dalszą współpracę, bowiem pan doktor prowadzi speaking club w języku angielskim i chciałby nas w nim widzieć.

Kolejnym etapem podróży, był pociąg do Lwowa. Szok już przed wejściem - kilkunastoosobowy ogonek idących gęsiego Cyganek, wrzeszczących (i wyglądających) niby wiedźmy żywcem na stosie palone, w czym wtórowały im liczne bachory płci obojga. Na plecach kobiet spoczywały toboły chyba z prześcieradeł uczynione, a wiązane na czole. Ciężkie niechybnie, gdyż owe Cyganki do ziemi niemal przygniatające. Co ciekawe, ciężar ów zapewne czarcią jakąś sztuką, nie dość, że przepony im nie dławił, to wręcz możliwości wokalne zwiększał!
Widząc to, jak żywe stanęły mi przed oczami oglądane kiedyś filmy o Św. Matce Teresie i Kalkucie zwłaszcza... 
Powiem tylko, że większa część tego wesołego grona do naszego trafiła wagonu, a tam... A tam pan Prowodnik okazał się przedstawicielem ginącego gatunku (asertywnych) Facetów przez duże FY! :) Nie uwierzył w tłumaczenia, że bilety SIĘ zgubiły, nie ugiął się też pod iście piekielnym zawodzeniem ani też krokodyle łzy romskich dziatek nie skruszyły skały jego charakteru*. Z pomocą pana Prowodnika z sąsiedniego wagonu - posiadacza niewątpliwie podziwu godnych gabarytów, towarzystwo usunął, właściwie całe, bo trzech Cyganek wieku godnego i dwójki dzieci na jednym łóziu liczyć wszak nie wypada! 
I tak minęło nam pierwsze 10 min kolejnej podróży...    
Za właściwe towarzyszki podróży mieliśmy dwie panie z Moskwy. Jedna nie mówiła wcale, druga bez przerwy. Dowiedziawszy się, że do Lwowa jedziem, zaczęła (ta druga!) krasiwymi słowami swemi malować nam obraz tego miasta.  Malowała tak udatnie, że wkrótce na naszych kojach zaroiło się od chętnych do tego słuchowiska, a jadących tam z bliskiego Donieckowi... Rostowa i innych miast mateczki Rassiji! Wszyscy z długopisami w rękach (m.in. tym, którymi te słowa po raz pierwszy skreślone zostały-takim dobry, żem pożyczył!) ;). I tak przez kolejne 2-3 godziny pisali sobie jej wersję lwowskiego przewodnika. 


Na koniec sympatyczna matrona stwierdziła, że gdyby nie mąż, już dawno by we Lwowie osiadła (wszak "Nie ma jak Lwów!") po czym zasnęła, chrapiąc konkretnie! Z tego jej snu (i chrapania) wyrwałem ją o 5 rano, chcąc wyjąć me skarby pod miejscem jej spoczynku się znajdujące. Udało się! Na koniec jeszcze kilka miłych słów (i porad) i rozstaliśmy się - pani bowiem wyjątkowo nie jechała do Lwowa! 
I już Lwów. Dworzec znany mi (i Wam- patrz: http://szachcior.blogspot.com/2012/01/waz-uroboros-pije_25.html) już. Dość długie poszukiwanie przystanku marszrutki (a oczywiście był pod nosem!) i wreszcie szczęśliwy finał w mieszkaniu naszych polskich współtowarzyszy EVSowej doli - Gosi, Karoliny i Michała (którego zresztą w Bachczysaraju spotkałem w dzień, w który te słowa po raz pierwszy pisałem). Szybki posiłek złożony z resztek rozszabrowywanych z uroczystej, kończącej trening, kolacji. Ablucja w zimnej wodzie- odpłaciły nam dziewczyny pięknym za nadobne za swą u nas niedolę! I pędzimy, a raczej snujemy się przez korki by szukać prawdy kryjącej się w tych wszystkich lwowskich pieśniach, podaniach, legendach i babcinych opowieściach...
Jeszcze szybkie spotkanie w organizacji goszczącej naszych gospodarzy i dalej w miasto!
Halsujemy bokiem unikając głównych ciągów komunikacyjnych. I dobrze - w każdym mieście najsmaczniejsze są jego KLIMATY a Lwów to smak(ołyk) nad smaki(ołyki)! 
Po krótkim czasie okazuje się, że Dawid - mój towarzysz podróży, współlokator i współ-wolontariusz a przy okazji prawdziwy Góral, nie jest fanem mojej wersji zwiedzania, polegającej na włóczeniu, gubieniu się i (czasem), znajdowaniu. Chcąc, nie chcąc otwieram mapę i PLANUJEMY ( brr! Wszak, jak mawia klasyk: "Plany są dla mięczaków!" ;)) gdzie iść dalej.     
Oglądamy cerkiew Św. Jura wraz z kryptą i wałęsa`my się po uniwersytecie kiedyś imienia Jana Kazimierza, następnie do centrum zaglądając w mijane po drodze bramy, klatki schodowe i podwórka (na jednym królują dwie Pabiedy) w których "oswajamy" ducha tego miasta. 
I już rynek. W rynku ratusz, w ratuszu wieża, w wieży wspaniały zegar (który w skupieniu kontemplujemy przez niemal pół czasa), dzwony na szczycie i wspaniała panorama dookoła.
Z wieży zbiegamy, gdyż za chwilę spotkać się mamy z naszą tego dnia przewodniczką - Gosią. 
"Przy Neptunie" - by go znaleźć, obchodzimy ratusz dookoła, aż, w końcu, znajdujemy właściwą fontannę.
Szukając Neptuna, przypomina mi się historia opowiedziana mi kiedyś przez Zdzicha, kumpla mego ojca. Otóż Zdzich umówił się kiedyś z dziewczyną "pod delfinami" w Warszawie, a dokładniej pod Pałacem Kultury. Tam też takich fontann kilka i o mały włos zamiast randki byłby klops. Udało się mu spotkać, udało się i nam. Baa! Nawet pierwsi byliśmy. Co robimy? Idziemy jeść! Gdzie? Hmm...
Wybór pada na miejsce cieszące się pewnym specyficznym nimbem...
Kryivka...
Wiem jedno, moja noga więcej tam nie postanie, i pisać o niej więcej też nie zamierzam, co by reklamy niechcący nie zrobić. Powiem tylko, że po ok. dziesięciominutowej wizycie, wychodząc zostałem poczęstowany przez pana strażnika (nie)przypadkowym szturchańcem lufą pepechy w nerkę...  NIE DO ZOBACZENIA!
Poszliśmy na pierogi wareniki.
Mieszane uczucia potęgują we mnie napisy pt. "Banderstadt" na murach, cmentarz "gierojów" UPA usytuowany tuż za murem (czyli w "nie święconej ziemi"! ) Łyczakowa i sam Cmentarz Łyczakowski, a raczej fatalny stan bardzo wielu pomników, grobów i figur (z)niszczonych świadomie i z premedytacją, podobnie zresztą jak tablica pamiątkowa (na Starym Rynku) na miejscu, w którym stała synagoga. Wandal zniszczył napis ukraiński, angielskiego chyba nie rozumiał, więc (na szczęście!) zostawił. Pewnie fraza o społeczności żydowskiej tworzącej inteligencję tego miasta się nie spodobała?
Wracając do cmentarza, wchodzimy przez dziurę w falistej blasze (jest 19 i główne wejście zamknięte) i tą drogą dostajemy się na nekropolię.
Łyczaków dla mnie jest jak miasto, w którym trwa. Nie mógłby istnieć w żadnym innym mieście, nie pasowałby. Atmosfera jednego i drugiego przesącza się przez mury i łączy w jedno.
Trudna historia tego miasta jest tam zapisana. Obok siebie groby Polaków, Ukraińców, Niemców, Anglików, Amerykanów (m.in. z "Eskadry Kościuszkowskiej"). Tablice zapisane alfabetem łacińskim i cyrylicą. Często na jednym grobie obydwoma naraz.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie cmentarz Orląt. Po długich targach politycznych nie tak dawno temu wyremontowany podobnie zresztą jak znajdujący się obok cmentarz żołnierzy Ukraińskiej Armii Halickiej. Dawni wrogowie dziś leżą niemal razem.
Ppłk Dypl. Jana Tatara

Lista znanych, których tam pochowano, jest długa i łatwo dostępna. Ja natomiast chciałem przedstawić postać ppłk dypl. Jana Tatary - oficera 9 Pułku Ułanów Małopolskich, kawalera orderu Virtuti Militari, który... zginął w wypadku samochodowym w 1930r., a pochowany został właśnie na Cmentarzu Orląt o czym wiem, dzięki informacjom od niezawodnego Pana Andrzeja Przybyszewskiego - kolejny już raz - DZIĘKUJĘ! 

Zapaliwszy znicze, zrobiwszy masę zdjęć (które niestety pożarł cyfrowy chochlik), opuszczamy cmentarz już przez główną bramę, pokrętnie tłumacząc miłemu strażnikowi, że weszliśmy bocznym wejściem (ponoć jest takowe). Opuszczam z przeświadczeniem, że jeszcze nie jeden raz przyjdzie mi przechadzać się alejami tej nekropolii, czego już, podobnie jak kolejnej wizyty we Lwowie, nie mogę doczekać!
Tak kończymy dzień pierwszy. Wcześniej jeszcze zdążyliśmy m. in. zobaczyć kilka(naście) cerkwi i chramów, wszystkie trzy katedry, fabryczkę czekolady i knajpę poświęconą Leopoldowi von Sacher - Mazochowi oraz targ książek, który (a raczej zakupy na nim poczynione) każą mi czem prędzej do Lwowa wracać! Swoją drogą to ciekawe, kupione książki o aniołach traktują, a wierzcie, lub nie, wiele wejść na tego bloga z przeglądarki Głóównej prowadzi przez słowo klucz - anioł!

Dnia następnego mój towarzysz jedzie odwiedzić wspólnych znajomych w Łucku, ja natomiast postanawiam dalej samotnie włóczyć się po lwowskich zaułkach. I się włóczę. Idę w starą, lecz nie całkiem turystyczną część miasta, położoną za Wzgórzem Zamkowym, przypominająca nieco warszawską Pragę sprzed lat. Choć na pytanie do jakiego miasta podobny jest Lwów, ja odpowiedzieć nie potrafię. Dla mnie jest "lwowski"! I w tym cały jego urok! Choć urok ten psują niektórzy ludzie. Bo wyobraźcie sobie, że w sklepie z pamiątkami znajdującym się w najstarszej ocalałej baszcie, znalazłem koszulki z... nazistowskim orłem, który zamiast swastyki trzymał w szponach... herb Ukrainy! O całej masie koszulek z wizerunkiem S.B. czy tekstami wymawianymi przez Kozaka, pt. "Cieszcie się Moskale, że ja nie Bóg!", nawet nie wspomnę! Cóż... ze sklepu wychodzę, i zanurzam się dalej w labirynt bram i uliczek. Ok. godz. 17 dołącza do mnie Karolina. W lokalu dla "miejscowych" wcinam obiad i zapijam kwasem (chlebowym - jest 30 kilka stopni!). Stamtąd idziemy do muzeum piwa, udaje nam się wejść w ostatniej chwili. Wystawa mała, ale ciekawa, do tego, co najważniejsze, degustacja! :) 


  


Zdjęcie ze strony: http://wycieczki.pl.ua/pol-zdjecia-dawnego-lwowa.html. Polecam!
Po "muzeum" przez kolejnych kilka godzin "zwiedzamy" dalej miasto moją metodą, którą jak się okazało, moja towarzyszka również podziela. Tym sposobem znajdujemy mnóstwo ciekawych bram, klatek schodowych i podwórek. I tak dochodzimy do Pałacu Potockich, gdzie piszący te słowa próbował wypatrzyć... stajnie oczywiście. I na tym kończymy. Kończy się też nasza lwowska przygoda. Tej nocy bowiem wyruszamy do Odessy. Na dworzec jedziemy taksówką, zwiedzając miasto tym razem już wbrew woli i płacąc słono. Coś z lwowskich cwaniaków zostało! 
A opisy dalszych peregrynacji niebawem, jako że już 3 rano!

*- takie mnie natchnienie na tej skale naszło! ;)

czwartek, 22 marca 2012

Rozważania pod wpływem... Gombrowicza i Cambronne`a

Na początku było słowo... o słowach zatem. O tych ulubionych:
 
не работает - czyli nie działa, nie pracuje. Nie rabotać może wszystko. Np. drzwi w tramwaju, lub tramwaj jako całość. Gdy nie działają tylko drzwi, pani konduktorka stoi przy nich na przystanku i wrzeszczy strasznie (tak, żeby ją było za drzwiami słychać) że не работает!!! A tramwaj, jedzie sobie jedzie i... nagle staje! Na co pasażerowie ze stoickim sposobem stwierdzają oo не работает! :) Ty natomiast chcąc, nie chcąc musisz wyjść na mróz i maszerować przez śniegi, niczym współczesna siłaczka, bo przecież урок do zrobienia i dzieci czekają... (урок - czyli lekcja, to NIE jest moje ulubione słowo!).
Na tym przystanku się często psuje.

Może być też odwrotnie: ... работает! Np. sklep niedaleko miejsca, w którym mieszkam jest remontowany. Budynek cały obudowany rusztowaniami a na nich wielki baner: магазин работает!
Ponieważ to moja ULUBIONA fraza, wiele przykładów jej zastosowania odnoszących się do rzeczy, ludzi i... pewnie jeszcze by się znalazło! :)

закон (дурацки) - czyli prawo. Drugi wyraz wujek Google tłumaczy jako nierozsądny... Bardzo wyważony jest wujek G. Większość powiedziałaby (i mówi) głupi. Niestety często, co mnie osobiście dotyczy, słowa te ze sobą współistnieją, wręcz wymieniane są jednym tchem. Ale o durackich zakonach, rozpiszę się szerzej wtedy, gdy jeden z nich mnie obejmie (lub nie, na co wciąż mam nadzieję!), czyli po ostatnim dniu marca. Tymczasem czytelnikom pozostaje ściskanie palców dłoni kciukami zwanych, by kolejny wpis miał charakter humorystyczno - cyniczny, nie żałobny...


дурдом - tutaj wujek Google już sobie nie radzi, tłumaczy bowiem na "WARIATKOWIE"! Domyślam się, że o wariatkowo chodzi ? Ciekawe, że szpitala psychiatrycznego nikt w zasobach tłumacza wbudowanego do największej przeglądarki nie umieścił. 
дурдом zyskał sławę dzięki nagraniu, które tutaj niniejszym zamieszczam: 


Dla mnie ma jeszcze inny wymiar. Kojarzy mi się z wszelkimi instytucjami umacniającymi władze państwową - zwłaszcza w kraju, w którym obecnie (JESZCZE!) się znajduję (inaczej pisać nie wypada, sam jeszcze nie dawno w takowej instytucji rabotałem! :)). Efektem tego umacniania, jest, przynajmniej w moim przypadku, zmienione чувство, czyli samopoczucie, na takie, jak na tych filmikach przedstawione. Reasumując, po wyjściu z nich czuje się jak dureń czyli дурак (choć to bardziej głupek :)). Ale o tym jeszcze nie teraz! :)


не переживай - po naszemu nie martw się, choć nasza wersja nieoficjalna mówi: nie przeżywaj! :)
Słowa te słyszę, kiedy już mury opisanych wyżej instytucji opuszczę. Słyszę je też BARDZO CZĘSTO w każdej innej niemal sytuacji: gdy drzwi od tramwaju(a?), cały tramwaj, okno w pociągu, bankomat itp. itd. не работает!!! Gdy ten ostatni nie działa, to, mnie przynajmniej (nikomu innemu się to nie zdarzyło!) KOPIE PRĄDEM! I to nie jeden tylko! Mogę pokazać około dziesięciu donieckich bankomatów, które mnie tak potraktowały!

A gdy już się martwić i w... denerwować przestanę (a że mnie znacie to wiecie, że trochę to trwa!), słyszę всё будет хорошо! Mam nadzieję, że wszyscy moi czytelnicy zdążyli od listopada nieco się krzaków (czyli Cyrylicy wg koleżanki Mamy Sachy), nauczyć! A tych co nie zdążyli, uspokajam, WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE! NIE MARTW SIĘ! I tym miłym akcentem, zakończę!*











* Pisane pod wpływem... długotrwałego stresu związanego z całkiem realną groźbą opuszczenia tej (U)krainy...







poniedziałek, 12 marca 2012

D(O) KOBIET(ACH)

... oj ciężko mi było do tego tekstu się zabrać. Wiele wątpliwości czy aby na pewno powinienem? Bo nie będzie słodko! Choć w zasadzie powinno- wszak ósmy dopiero co był. Cóż, to je moje, więc będzie po mojemu, czyli gorzko-kwaśne moje kilkumiesięczne obserwacje...

Jestem na Ukrainie, czyli w kraju, w którym ponoć (zgodnie z wynikami jakichś badań, na których wyniki ciągle czekam! - koleżanki tutejsze obiecały!), żyją najpiękniejsze kobiety! Więc o co mi chodzi? To posłuchajcie...

Primo
Nowo poznana koleżanka, niedawno jeszcze grała na instrumentach, uczyła się języków, uprawiała sporty... Co się stało, że przestała? Poznała faceta... Cóż z tego? Posłużę się cytatem, bo nie uwierzycie: "chcę mu służyć, bo jest great". Ok, gościa też znam, jest świetny, ale czy to powód by rezygnować z wielu życia aspektów? I w imię czego? Zwłaszcza, że chłop świetnie gotuje, sporty uprawia, co jeszcze robi, nie wiem, nie wnikam. Gdy zrobiłem im w kuchni katastrofę, rzuciła się sprzątać i długo musiałem ją przekonywać, że zetrę te 5 litrów ciasta z podłogi... Stanęło na moim, choć w tutejszej rzeczywistości, w podobnej sytuacji - różnicy zdań między kobietą i mężczyzną, zwykle jest odwrotnie. Też przykład - sprzątanie! Ale od szczegółu do ogółu, lub jak mawia moja ukochana kobieta, babcia: "od rzemyczka, do koniczka".  

Secundo
Weekendowa wyprawa do...huty. Wielki kompleks z własnym, darmowym lodowiskiem (główny cel wyprawy), cerkwią i mini zoo (nie takie mini - są w nim wielbłądy!). Żeby tam wejść, trzeba być pracownikiem, lub takowego znać. Znamy! Pracuje tam nasza koleżanka, która była organizatorem całego przedsięwzięcia. I kiedy tak sobie zwiedzamy, ona nagle staje, ostentacyjnie odwraca się do mnie swoją tylną stroną, w moją zaś wielkopańskim gestem wyciąga rękę, w której dzierży MAŁĄ (w opowieściach późniejszych siatka rośnie i cięższa się robi, podobnie jak ja staję się coraz gorszy!) siatkę, z NIE-WIADOMO-CZYM. Widząc moje zdziwienie, pozostałe uczestniczki wyprawy instrują: „no weź torebkę!”.
Ja na takie dictum, obracam się również, i idę, ale w drugą stronę (do wielbłądów!). Sytuację ratuje kolega, który nieszczęsną sumkę, zabiera. 

Tertio
*        Jeszcze raz ostrzegam! Piszący za alfę ni omegę, ni żaden inny znak greckiego alfabetu się nie uważa, i pisze, co widzi, i co mu mózg i serducho dyktują (nie zawsze w tej kolejności!). Czytać przymusu nie ma! W zasadzie pewną satysfakcją piszącego napawa to, że choć przymusu nie ma, czytane jest! (BTW najwięcej w... USA! THX!).   I choć ja jestem taka krowa, co jej ciężko idzie i rzadko się zdarza zmienianie poglądów, chętnie się z innymi opiniami spotkam a nawet POKŁÓCĘ! 

Ad rem, wszelkie niesnaski czy dziwne sytuacje związane z szeroko pojętym współistnieniem międzyludzkim, jakie dotąd zaobserwowałem, dotyczą wyłącznie przede wszystkim* (przypomniano mi jedną sytuację z osobnikiem płci męskiej w roli głównej) pięknej płci.

To, że mężczyzn w społeczeństwie jest mniej, potwierdzają przeróżne statystyki. Ale to, że większość wydarzeń (może z wyjątkiem wypadów na mecze – DZIĘKI CI ANDRIEJ!), to efekt kobiecej organizacji, jest już dla mnie dziwne. Zwłaszcza dla mnie, który organizowanie uwielbia! Cóż, tutaj jest inaczej. Tym światem rządzą panie, lecz myli się ten, kto uzna go za idealny. (Nie dlatego, że rządzą nim panie! ;))  
Dlaczego?
Mimo poruszania się w różnych środowiskach, widzę podobne prawidłowości:
Jedna pani/dziewczyna/kobieta lubi drugą, trzeciej i czwartej już nie. Czemu nie? BO NIE!!!
Jeśli ty lubisz trzecią i czwartą to... masz problem! One (te trzecia i czwarta) też. Jeżeli trzecia i/lub czwarta robią coś i chcą byś w tym uczestniczył, nie mówisz tego pierwszej (i drugiej) bo przecież się nie lubią (z trzecią i/lub czwartą)! Logiczne chyba?! Ooo! Nie ma tak łatwo!
Milionowy Donieck przypomina mi pod tym względem 130 tysięczne Opole. Wieści i ploty rozchodzą się błyskawicznie. Sprzyja temu też, na przekór informacjom podanym w przewodnikach, to, iż w Doniecku nie ma wcale zatrzęsienia tzw. "miejsc młodzieżowych”. Więc szansa na to, że kogoś gdzieś spotkasz jest spora.
A wracając, mimo, że pierwsza (i/lub druga) nie pójdzie, bo przecież trzecia i/lub czwarta, to nie odmówi sobie przyjemności zmycia ci głowy (i/lub wbicia szpili), - przecież ona wszystko i zawsze dla ciebie (was)!
I tu dochodzę do sedna mych rozważań, czyli MANIPULACJI.
O tym, że kobiety są mistrzyniami w tej sztuce nie muszę chyba nikogo przekonywać? A to że ja jestem na tego typu praktyki chorobliwie wyczulony (co nie znaczy, że odporny) to (kolejny już) mój problem!
Ale z czego tutejsza manipulacja właściwie wynika?
Jest to kwestia, której chyba nie zrozumie. Tutejsze kontakty damsko – męskie. Z jednej strony, jak powiedział kolega – Ukrainiec, kobiety harujące jak konie, z drugiej (tego już nie mówił – sam widzę!) bardzo często bezradni faceci za których większość najprostszych nawet decyzji (np. jakie jajka kupić), podejmują laski, co wcale nie przeszkadza im czuć się i zachowywać jak przysłowiowy Macho – Man!

Quatro
Impreza jest, tzn. Robimy obiad i palimy shishę. Gospodyni (wcześniej) pisze smsa do swej przyjaciółki by też przyszła. Nie przychodzi, nie odpisuje (telefon jej nawalił później się okazuję). I co? Jest śmiertelnie obrażona!
Efekt- gdy ja organizuje podobną nasiadówę, wcześniejsza gospodyni przychodzi ze swą kumpelką (aż się prosi, by wziąć w nawias!) i... jej siostrą!    

Quinto
Salsa Party. Niby chcemy iść, ale nie wiadomo czy pójdziemy, bo gdzie trzech Polaków (tzn. Polak jeden, za to Polki dwie) tam... ile zdań?
Jedna taka też chce iść. Od razu jej mówię, że NIE WIEM jeszcze, czy NA PEWNO pójdziemy. Zwłaszcza, że mam priorytet w postaci gościa z Polski (to ta jedna Polka- o niej będzie osobno! :) ).
- „Ok, to dajcie znać co i jak”. -„Ok!”.
Gdy znak daje, odmienny od oczekiwanego (że jednak nie idziemy, choć w końcu poszliśmy...uff!), afera i wyrzuty. Że mogła sobie przecież inaczej wieczór zorganizować (no mogła!), na koniec słyszę płaczem niemal wypowiadane życzenia miłego WAM wieczoru...
To wszystko marność (i gonienie za wiatrem), bo prawdziwą artystką tej sztuki, jest właścicielka wielkich, sarnich oczu, którymi potrafi ofiary swe (drapieżna to sarna!) znakomicie prześwietlać/rozmiękczać/hipnotyzować*.
A, że kto z kim, takim, tak więc widzę i czuję, że krąg wokół się zaciska, i linek u odnóży mi przybywa...
A nóż zabrali strażnicy graniczni na lądowisku we Wiedniu... 

P.S.
Za lat ...dzieścia będę tęsknił do tych dylematów! ;) Uzmysłowiła mi ten fakt straszliwy wspomniana gość(ÓWA) z Polski – Kamila – DZIĘKI CI!
Korzystając z okazji pragnę wszystkie (czytające ten tekst, choć mam nadzieję, że wiele ich nie będzie!!!) Białogłowy, zapewnić o mych wielkich dla WAS afektach! Tych pozytywnych oczywiście! Choć ponarzekałem tutaj, zapewniam, iż kierowała mną jedynie chęć zgłębienia Waszego wnętrza, które to różni się też w zależności od szerokości...(geograficznej).

Co by obraz był pełny, polecam damski punkt widzenia na poruszone tutaj sprawy. Damski, czyli moich współlokatorek:
Magdy: http://marshrutka-travel.blogspot.com/2012/02/c.html
I Oli - te już w tekście 'podlinkowałem'.

* niepotrzebne skreśl!